sobota, 22 grudnia 2012

Wczoraj miał być koniec świata ;)

Czy tylko ja to przeoczyłam? ;P

Na szczęście telewizora nie posiadam, ale wiadomości na internecie przeglądam... A informacje, o zbliżającym się końcu świata, co najwyżej troszkę mnie... bawiły. Fakty o katastrofach naturalnych i innych dziwnych rzeczach pojawiały się co drugą wiadomość informacyjną już od kilku tygodni. Ale przepraszam bardzo, czy były to rzeczy, które się wcześniej w ogóle nie zdarzały, czy zwyczajnie nie poświęcano im tyle miejsca w mediach?

Swój osobisty armagedon przeżyłam w te wakacje oglądając u teściów zwyczajne "Wiadomości". Na półgodzinne wydanie programu nie pojawiła się ani jedna pozytywna informacja. Co chwilę news o tym, że kogoś okradli lub oszukali, afera taka i taka, gdzieś tam płoną hektary lasów, a bodajże na Zelandii wybuchł "uśpiony" wulkan. Pierwsze wrażenie - rety, toż to chyba koniec wszystkiego się zbliża... Wrażenie numer 2 - eeee, nie to tylko zwykłe informacje, które... mają co? Chyba tylko żeby zastraszyć obywateli? Innego powodu nie widzę.

No to jak to jest z tym końcem świata? Obserwujemy ku temu przesłanki od wielu lat, czy też są to zwyczajne anomalie klimatyczne, typowe dla naszej planety? Kalendarz Majów? Strasznie prosta sprawa, przez kogoś przekręcona i okrzyknięta Końcem Świata. A o co chodziło? Żeby zaczęło się coś nowego, coś starego musi się zakończyć. Czyli nie mamy do czynienia z zagładą tylko z końcem... hmmm... jakiejś epoki. Coś się skończyło, żeby coś innego mogło się rozpocząć.

A tak swoja drogą, skąd wzięła się u ludzi potrzeba przewidywania końca świata? Zlodowacenie się zbliża wielkimi krokami.  Może takimi rzeczami warto by się było zająć, a nie jakimiś magicznymi końcami świata?

No i jeszcze zawsze istnieje możliwość, że się zdziwimy jak dinozaury, kiedy Ziemia będzie miała pecha i znajdzie się na drodze czegoś dużego, szybkiego, mogącego zniszczyć wszystko nad czym pracowały pokolenia, jednym uderzeniem...

piątek, 21 grudnia 2012

Testujemy kosmetyki - odżywka do włosów


DOVE repair therapy
HAIRFALL CONTROL
Do włosów słabych i łamliwych




INFORMACJA Z OPAKOWANIA
Zaawansowana regenerująca technologia Dove zawiera MICRO MOISTURE SERUM, które pomaga regenerować zniszczoną powierzchnię włosa od cebulek, aż po same końce. Zamyka otwarte łuski włosowe i ułatwia rozczesywanie.
Pozostawia włosy wzmocnione i ułatwia rozczesywanie.


Firma Dove zawsze kojarzyła mi się z intensywnym nawilżaniem i odżywianiem. Stąd mi się wzięło analogiczne myślenie, że ta marka najlepiej się nada do włosów suchych i przesuszonych, a nie takich jak moje - czyli tłuściochów.  Ale była promocja... A ja jestem ciekawska ;D

Szukałam odżywki stricte przeciw wypadaniu włosów. Wiem, problem leży głębiej, a nie na powierzchni włosa i wypadałoby połknąć trochę skrzypu i tym podobnych rzeczy. Jednak wyszłam z założenia, że jakaś odżywka będzie o tyle pomocna, że ułatwi rozczesywanie. No bo po co mam tracić dwa razy więcej włosów walcząc z kołtunami? A skoro zdecydowałam się inwestować w odżywkę to niech już będzie ze specjalistycznej linii, nawiązującej do mojego problemu. 

Tak oto stałam się szczęśliwą posiadaczką odżywki do włosów firmy Dove.


1. Konsystencja:
Odżywka jest bardzo gęsta.

2. Zapach:
Przyjemny. Typowy dla szamponów i odżywek. Nie jest to jakiś konkretny zapach, ot pachnie jak kosmetyk do pielęgnacji włosów.

3. Wydajność:
Uważam, że jest wydajna. W sumie nic więcej nie można dodać - wszystko zależy od długości włosów.

4. Opakowanie:
Niestety tuba, ale przynajmniej "odwrócona". Kosmetyk spływa po ściankach cały czas na dół i o ile nie trzymamy odżywki w pozycji leżącej, jest szansa na wykorzystanie preparatu do końca ;)

5. Czy produkt jest wart swojej ceny?
Opakowanie 200 ml w regularnej cenie widziałam w przedziale 12-14 zł. Na promocji dorwałam za 7 zł ;D
Możliwe, że kupię go jeszcze raz. Na razie w kolejce czeka inny ;)


Jestem z niej bardzo zadowolona. Najbardziej podoba mi się to, że nie obciąża włosów i wbrew moim wcześniejszym obawom - nie przetłuszcza ich ;D 
Robi swoje. Ładnie wygładza i pielęgnuje włosy, a rozczesanie kołtunów to już nie problem, ponieważ nie ma czego rozczesywać ;) 
Natomiast co do wypadania włosów - uważam, że potrzeba czegoś więcej niż odżywka nałożona na szybko i po chwili spłukana. Także wybaczam brak spektakularnych efektów po zużyciu raptem połowy opakowania :)


czwartek, 20 grudnia 2012

Testujemy kosmetyki - maseczki z glinki - porównanie


Na tapetę biorę cztery firmy: Dermikę, Dermaglin, Bielendę oraz maseczkę, która pojawiła się w Biedronce (Wyprodukowane przez :Mineralne Kosmetyki Jacek Kordiasz)

Po przetestowaniu każdej z nich, zauważyłam pewne podobieństwa maseczek Dermiki i Bielendy, oraz Dermaginu do maseczki z Biedronki.
Jakaś różnica? Zasadnicza. W cenie ;D


Maseczka oczyszczająca PERFEKCJA firmy DERMIKA
do cery tłustej i mieszanej

Opis produktu:

Maseczka głęboko oczyszczająca z aktywną glinką zieloną, zmniejsza problemy cery tłustej i mieszanej. Działa lekko peelingująco, usuwa nadmiar sebum i martwe komórki z powierzchni naskórka. Wygładza cerę zmniejszając pory, poprawia i wyrównuje koloryt. Łagodzi objawy podrażnień, poprawia napięcie skóry, nawilża, ujędrnia i nadaje zdrowy, młodzieńczy wygląd.

Maseczka ma dosyć intensywny, ale nawet przyjemny zapach. W saszetce jest bardzo dużo produktu, jak dla mnie za dużo. No chyba, że ktoś faktycznie rozprowadza maseczkę również na szyję i dekolt, wtedy wszystko jest ok. Mnie trochę denerwuje, że kupuję maseczkę za 5 zł i nie mogę zużyć jej całej. Poporcjować jej się nie da, ponieważ glinka bardzo szybko wysycha. 1/3 produktu zawsze ląduje w koszu.


Eco Care Zielona Glinka firmy Bielenda
Bioorganiczna Maseczka na twarz, szyję i dekolt

Opis produktu:

Maseczka do skóry mieszanej, tłustej i trądzikowej zwężająca pory, zapobiegająca powstawaniu zaskórników i wyprysków. Usuwa obumarłe komórki naskórka, nagromadzone zanieczyszczenia oraz nadmiar sebum. Zapobiega powstawaniu zmarszczek. Doskonale odżywia, ujędrnia, poprawia elastyczność zwiotczałej skóry oraz wyrównuje koloryt szarej, pozbawionej blasku cery. 

Saszetka dzieli maseczkę na dwa opakowania, czyli na dwie aplikacje. W jednej części znajduje się odpowiednia ilość preparatu na pokrycie twarzy cienką warstwą. Jak dla mnie jest to w zupełności wystarczające ;)
Zapach jest znacznie delikatniejszy, niż ten w Dermice. Cena? Jakieś 6 zł. 
Patrząc na skład tej maseczki i Dermiki, na prawdę nie wiele się różnią. Co bardziej opłaca się kupić? ;)


BIO MASECZKA MATUJĄCA
PRZECIWTRĄDZIKOWA
100% Zielona Glinka Kambryjska + olej jojoba + arnika + rumianek

Opis produktu:
  • Usuwa trądzik
  • Oczyszcza pory
  • Redukuje łojotok
Naturalne i skoncentrowane minerały pochodzące z zielonej glinki kambryjskiej o działaniu matującym, przeznaczone dla skóry tłustej i mieszanej ze skłonnością do trądziku. BIO maseczka głęboko oczyszcza skórę, pochłania nadmiar wydzieliny gruczołów łojowych, usuwa zrogowaciały naskórek, skutecznie zwalcza zmiany trądzikowe i wyrównuje koloryt skóry. Po nałożeniu na twarz wyraźnie odczuwalne jest uczucie ściągnięcia powodujące zwężenie rozszerzonych porów. Zawarty w Zielonej Glince Kambryjskiej kompleks minerałów, głównie cynk i miedź regulują wytwarzanie sebum. Ekstrakt z rumianku łagodzi zaczerwienienia, arnika działa przeciwzapalnie i kojąco. Łatwo wchłaniany przez skórę olej jojoba pozostawia skórę wygładzoną i aksamitną.

Saszetka podzielona na dwa opakowania - duży plus. Produkt jest bardzo wydajny i skuteczny, ale... ten okropny zapach! Aż mnie szczypie w oczy ;( Nie do wytrzymania. Koszt ok. 6 zł. Byłabym na tak, gdyby nie dwie rzeczy. Pierwsza i oczywista - zapach. Druga - w biedronce pojawiła się maseczka z glinki kambryjskiej za jakieś 4 zł (saszetka również dzielona na 2)


DERMO MINERAŁY
MASECZKA REDUKUJĄC TRĄDZIK
ZIELONA GLINKA KAMBRYJSKA + Jedwab + Olej Jojoba

Opis produktu:
  • Działa antybakteryjnie
  • Oczyszcza
  • Zmniejsza łojotok
Bardzo skuteczna maseczka z zielonej glinki kambryjskiej o wysokich właściwościach regulujących wydzielanie łoju. W łagodny sposób usuwa martwe komórki naskórka, ułatwiając skórze oddychanie. Oczyszcza pory, łagodzi powstałe zmiany trądzikowe, krostkowe i zapobiega powstawaniu nowych. Silne właściwości przeciw trądzikowe zielonej glinki kambryjskiej zostały wzmocnione działaniem naturalnego oleju jojoba oraz solą sodową kwasu hialuronowego przyspieszającą regenerację skóry.

No właśnie, takie małe niespodziewane cudo. Bo słyszał ktoś kiedyś o Mineralnych Kosmetykach Jacka Kardiasza? Osobiście nigdy wcześniej nie spotkałam się z tą "marką". Produkt dorównujący maseczce Dermaglinu o 2 zł. tańszy, a o znacznie mniej inwazyjnym zapachu ;) Pierwszy raz dorwałam te maseczki w wakacje (chyba w lipcu), teraz znowu się pojawiły. Czyli jest szansa na zrobienie zapasów dwa razy do roku ;)



Co chciałam osiągnąć przez ten artykuł? W żadnym wypadku nie miałam w intencji zniechęcać kogokolwiek do Dermiki lub Dermaglinu! ;) Uważam po prostu, że warto mieć świadomość dostępnej alternatywy.

środa, 19 grudnia 2012

Testujemy kosmetyki - krem do twarzy


OGÓREK & LIMONKA firmy BIELENDA
SKÓRA MIESZANA I TŁUSTA

Bardzo przyzwoity krem do twarzy. Jestem z niego zadowolona :) Z chęcią dołączam go grona ulubieńców. Pierwszym jest opisany już wcześniej Garnier TUTAJ :) a kolejnym Ziaja NUNO, ale o nim więcej, jak mi się skończy Bielenda ;)




INFORMACJA Z OPAKOWANIA

Krem matująco - normalizujący to idealny kosmetyk w walce z błyszczącą skórą, pryszczami i zaskórnikami. Polecany do całorocznej pielęgnacji.
Zapewnia kompleksowe działanie:
- idealnie matuje skórę w ciągu całego dnia,
- intensywnie nawilża,
- pochlania nadmiar sebum i reguluje jego wydzielanie,
- zwęża i zamyka pory,
- zapobiega występowaniu wyprysków,
- łagodzi podrażnienia i zmiany trądzikowe,
- rozjaśnia przebarwienia,
- przeciwdziała powstawaniu zmarszczek.
Efekt - idealnie matowa, gładka, dobrze nawilżona cera. Pryszcze i przebarwienia zredukowane, pory skóry mniej widoczne.


1. Konsystencja:
Jak na krem nawilżający przystało jest bardzo lekki. Szybko się wchłania i nie pozostawia tłustej warstwy.

2. Zapach:
Czuć delikatne przełamanie ogórka i limonki ;) Ta kompozycja jest bardzo orzeźwiająca :)

3. Wydajność:
W porządku. Wydaje mi się, że jest bardzo wydajny, ale jak zaznaczyłam już przy opisywaniu Garniera - zwykłam używać różnych kremów na dzień i na noc. Także używając kremu raz dziennie wystarcza na kilka miesięcy.

4. Opakowanie:
Słoiczek! :) Będzie można zużyć produkt do samego końca, bez żalu, że coś zostało na ściankach ;)

5. Czy produkt jest wart swojej ceny?
Uważam, że tak. Cena jaką oferuje producent wydaje się być uczciwa - 18 zł za 50 ml.

Dopiero przy kremach powyżej 30 zł. zaczynam mieć poważne wątpliwości, czy warto taką rzecz kupować. O tych w granicach 100 zł nie wspominając. Od dawna sięgam po kosmetyki z niższych półek i jak widać można w odpowiedni sposób pielęgnować ciało, za rozsądne pieniądze :)

Testujemy kosmetyki - peeling do twarzy


Peeling drobnoziarnisty Minerały morskie + krzemionka firmy Perfecta 
WYGŁADZAJĄCY

CERA NORMALNA I SUCHA


Mój absolutny ideał :) Przetestowałam już wiele peelingów, również enzymatycznych (wskazanych do mojej cery, ale strasznie ich nie lubię). Ten okazał się najlepszym. Jako jedyny mnie nie podrażnił, a po użyciu skóra pozostaje doskonale oczyszczona. I to uczucie nawilżenia.... ;D


INFORMACJE Z OPAKOWANIA

Aktywny peeling z drobinkami krzemionki krystalicznej polecany dla osób w każdym wieku, do pielęgnacji cery normalnej i suchej. Wyjątkowo dokładnie usuwa martwe komórki naskórka, wygładza powierzchnię skóry, oczyszcza pory i redukuje wszelkie niedoskonałości cery. Zawiera minerały morskie, odżywczy koktajl witamin A, E, B5, a także kojący wyciąg z płatków róży francuskiej o działaniu odmładzającym. 
ZWIĘKSZA SKUTECZNOŚĆ KREMÓW I MASECZEK

1. Konsystencja:
Dosyć rzadka. Drobinki są malutkie, ledwo widoczne, ale jakże skuteczne ;)

2. Zapach:
Cudowny :) Bardzo "kobiecy". Delikatny i lekki. To chyba zasługa tej róży ;)

3. Wydajność:
Peeling jest bardzo wydajny. Jednorazowa saszetka wystarcza na 3 użycia :D

4.Opakowanie:
Saszetka lub tubka. Ale jestem tak zachwycona produktem, że im nawet tubkę wybaczę ;D

5. Czy produkt jest wart swojej ceny?
Tak! :) Tubka o pojemności 60 ml kosztowała mnie jakieś 12 zł. (możliwe, że było to na promocji). Nie pamiętam objętości saszetki, ale jej koszt waha się w okolicach 2 zł.

niedziela, 16 grudnia 2012

Ludzie, opamiętajcie się!

Nie wiem co to jest, ale powtarza się niezmiennie co roku, przed świętami. Mam na myśli oszalałe tłumy ludzi szarżujących po marketach. Pomijając już robienie prezentów na ostatnią chwilę, na zwykłym stoisku z wędlinami nierzadko toczy się walka na śmierć i życie przy ostatniej lasce "wiejskiej".

Jak tak można?

Ludzie przepychają się bez zdawkowego "przepraszam", wyrywają sobie z rąk produkty oznaczone plakietką "promocja" bo "przecież to ja pierwsza na to spojrzałam, więc jest moje" to nic, że obok leży taki sam zestaw...

Jak to jest, że szykując się do tak wzniosłych świąt, ludzie tak strasznie...głupieją?

I jak tu zrobić na spokojnie zwykłe zakupy spożywcze? Chyba się nie da. Przerzucając się na osiedlowe spożywczaki szybko idzie zbankrutować, zresztą w nich jest niewiele lepiej. Może nawet nieco bardziej frustrująco ze względu na ciasne alejki i minimalną przestrzeń własną. W markecie można przynajmniej bronić się koszykiem - jak jakaś baba zechce nas staranować, mamy za czym się chować.

Jakiś złoty środek? Może sprawdzi się metoda robinia zakupów zaraz po otwarciu sklepu, albo tuż przed zamknięciem? Ciężko się wpasować żeby uniknąć "fali". Najlepiej by było przecierpieć jedne wielgachne zakupy i zrezygnować ze wszelkich marketów aż do świąt. Ale jak to przenieść, gdzie to trzymać? Heh...czy to znaczy, że jak chce się zrobić zakupy w miarę komfortowo to trzeba zarzucić całą kulturę osobistą i najlepiej zostawić ją na zewnątrz sklepu? W sumie łokci  potrafię używać! Ba, poświęcę się i jednorazowo przykleję sobie sztuczne pazury, i nawet  nie złagodzę ich pilniczkiem, niech poczują co to znaczy mieć mnie za przeciwnika!

Straszny absurd, prawda?

No i chciałam jeszcze złożyć wielkie wyrazy uznania wszystkim pracującym w handlu! Jesteście THE BEST!!! Nie dajcie się zdołować oszalałym, szarżującym tłumom ;) Święta, święta i po świętach - jak to się mówi ;)

sobota, 15 grudnia 2012

Testujemy kosmetyki - masło do ciała


UJĘDRNIAJĄCE MASŁO DO CIAŁA z serii AA sensitive nature spa


Nie dawno dostałam w spadku całą siateczkę kosmetyków (bo zapach się nie podobał, coś się źle wchłaniało itp.) Cóż, z chęcią sprawdzę na sobie ;) Fakt, na niektóre rzeczy nie zwróciłabym w sklepie uwagi, ale część jest absolutnym strzałem w dziesiątkę! :)

Wracając do masła - moja skóra preferuje mleczka i zwykłe balsamy. Masła są dla mnie nieco za ciężkie i gęste. Mam suchą skórę, ale nie aż tak ;)



INFORMACJE Z OPAKOWANIA

UJĘDRNIAJĄCE MASŁO DO CIAŁA
Bogata konsystencja preparatu odżywia i regeneruje skórę. Organiczny ekstrakt z moreli, pochodzący z certyfikowanych upraw ekologicznych nawilża skórę, nadając jej aksamitną miękkość. Szlachetne masła: shea oraz owoców drzewa kakaowego, delikatnie natłuszczają skórę i chronią ją przed negatywnym działaniem promieniowania słonecznego. Subtelny zapach słodkiego mango będzie Ci towarzyszył przez cały dzień.

1. Konsystencja:
Gęste, porządne masło do ciała ;) Wydaje się być wydajne, ale jest też trochę "lepkie". Nawet niewielka ilość wchłania się dosyć długo i to uczucie lepkości jest trochę niekomfortowe. 

2. Zapach:
Jest to masło o zapachu mango. Czymś pachnie niewątpliwie, ale czy akurat mango? ;) Dla mnie jest to mieszanka zapachu, który wstępuje w balsamach z dopiskiem "kremowy" lub "świeży" z zapachem moreli. No, ale kwestie odbioru zapachu są strasznie subiektywne ;)

3. Wydajność:
Jak pisałam wyżej. Dla osób, które nie potrzebują intensywnego odżywienia skóry, jest bardzo wydajny. Niewielką ilością preparatu można wysmarować całą nogę :) Jak to się sprawdza u osób, których skóra lubi ciężkie konsystencje? Nie będę zmyślać ;)

4. Opakowanie:
Słoik ;) Preparat będzie można zużyć do ostatniej "kropli" ;D

5.Czy produkt jest wart swojej ceny?
Może nie powinnam tym razem zamieszczać tego punktu. Nie kupiłam go przecież, ba nawet nigdy nie widziałam na półce w jakiejkolwiek znanej mi drogerii. Jest to słoik 200 ml, podejrzewam, że kosztuje ok. 26 zł.


środa, 12 grudnia 2012

Kosmetyki pod oczy - krem, czy żel?

Czasem pojawia się dylemat - co będzie lepsze - żel czy krem. Generalnie zasada jest jedna: preparatu w postaci żelu używa się w sezonach wiosenno - letnich, te w kremie polecane są na chłodniejsze dni.

Pomijając indywidualne zapotrzebowanie skóry w okolicach oczu (najogólniej mówiąc mam tu na myśli jej kondycję - napięcie, elastyczność, zmarszczki mimiczne, przebarwienia, sińce, czy opuchliznę) nie ma żadnych przeciwwskazań do używania tego samego kremu do twarzy i pod oczy. Chyba, że producent zawrze taką informację na produkcie, wtedy lepiej nie ryzykować ;)

Opiszę moich ulubieńców z obu kategorii :)


ŻEL DO POWIEK I POD OCZY ze świetlikiem i chabrem (bławatkiem) firmy FLOSLEK

Wszelkie informacje o produkcie znajdowały się w obszernej ulotce przy opakowaniu, której oczywiście nie zachowałam. Nie chcę tutaj przeklejać tych informacji z innych recenzji, czy forum. W wielkim skrócie - produkt przeznaczony jest do skóry przemęczonej i z widocznymi sińcami po oczami, polecany dla osób pracujących przy komputerze. Floslek wypuścił całą serię żeli pod oczy - świetlik plus arnika/aloes/babka lancetowata itp. I to im się chwali :)



1. Konsystencja:
Żel, jak żel. Nic dodać nic ująć.

2. Zapach:
Tutaj mały minus. Zapach jest ledwie wyczuwalny na początku, pod koniec użytkowania znika zupełnie. Ale może to i lepiej? 

3. Wydajność:
Sporym minusem jest to, że preparat "znika w oczach". Nie udało mi się go zużyć w całości przed mrozem, została jakaś 1/3 opakowania. Zajrzawszy do niego teraz w celu dokonania recenzji, z całą pewnością stwierdzam, że do wiosny nic się nie uchowa. Znaczna część preparatu wyparowała... No, ale kosmetyku w żelu nie kupuje się po to, żeby grzecznie przeczekał sezon zimowy...

4. Opakowanie:
Słoiczek! Nareszcie jakaś firma spełnia moje marzenia! :D

5. Czy produkt jest wart swojej ceny?
Cena? 10 g za jakieś 8 zł. Mając na uwadze "znikalność" preparatu nie obraziłabym się gdyby był ze 3 zł tańszy ;)


Czas na krem :)


Herbal Garden KREM POD OCZY I NA POWIEKI (ekstrakt z ziela świetlika) Eva Natura




INFORMACJE Z OPAKOWANIA

Delikatny krem bogaty w naturalne substancje aktywne, który skutecznie pielęgnuje skórę wokół oczu. Zawiera ekstrakt z ziela świetlika, algi, polisacharydy i masło Shea. Krem wygładza zmarszczki mimiczne i zmniejsza oznaki zmęczenia skóry wokół oczu.
Efekty codziennego stosowania kremu pod oczy:
- skóra wygładzona, optymalnie nawilżona 

1. Konsystencja:
Bardzo lekka. Krem błyskawicznie wchłania się nie pozostawiając tłustej warstwy.

2. Zapach:
Delikatnie wyczuwalny. "Nieperfumowany" ;)

3. Wydajność:
Duża. Porcja o wielkości ziarnka grochu wystarcza na skórę obojga oczu.

4. Opakowanie:
Niby tubka, których nie lubię, ale zakończona w przyjemny sposób. Dozownik pozwala nam odpowiednio porcjować krem. Nie zdarza się, żeby "wyskoczyło" go więcej niż chcemy.

5. Czy produkt jest wart swojej ceny?
Sądzę, że tak. Tubka o pojemności 25 ml za niecałe 10 zł. To uczciwa cena ;)

wtorek, 11 grudnia 2012

Konkretne śniadanie, czyli omlet inaczej

Zawsze w zimie mam apetyt na ostre, tłuste i konkretne jedzenie. Ma być dużo ciepłych i rozgrzewających potraw. Dlatego też moje zimowe śniadania mogą wydawać się "za ciężkie". Zamiast kanapek częściej jest jajecznica z dodatkami, sadzone na kiełbasie lub zupa z poprzedniego dnia, a ostatnio fanatycznie wręcz - omlety. Ale nie takie delikatne złożone na pół pianki, najlepsze z dodatkiem konfitury... Tylko takie :)



W tym omlecie może się znaleźć wszystko - kiełbaski, wędlinki, dowolne warzywka i sery... Sprawia, że długo jesteśmy pojedzeni i mamy więcej energii w zapasie, żeby chronić się przed zimnem ;)

Skład na "bazę", czyli ciasto na dwa omlety:

- 3 jajka,
- pół szklanki mleka,
- 1 szklanka mąki.

Składniki łączymy i wyrabiamy gładką masę. Dodajemy dowolne przyprawy, u mnie: pieprz, papryka słodka, papryka ostra, natka pietruszki, czasem bazylia i oregano. 

Do tak wyrobionej masy dodajemy to na co mamy ochotę, ewentualnie jakieś resztki plątające się po lodówce ;) Ja zazwyczaj dodaję: drobno posiekaną małą cebulkę, kiełbaskę pokrojoną w kostkę, ser żółty lub feta (również pokrojone w kostkę), jak mam czas i fantazję to dodaję sparzonego i pokrojonego pomidora (ale ostatnio leniwa jestem, więc jak mam na niego ochotę to zwyczajnie rzucam na omleta w ramach dekoracji). Tak prezentowały się moje składniki dodatkowe (fakt, feta nieco zaburzyła proporcje, ale postanowiłam zużyć opakowanie do końca):



Wrzucamy to wszystko do omletowej masy, delikatnie mieszamy. Rozgrzewamy patelnię z odrobiną oliwy. Wylewamy masę na patelnię uważając, by ładnie rozdzielić składniki na dwie porcje. Smażymy na małym ogniu. Po chwili można zauważyć jak brzegi omleta robią się coraz ciemniejsze i jak stopniowo ten kolorek zbliża się do środka. Czekamy aż cały omlet "pokryje się tym kolorkiem". Wtedy go przewracamy na drugą stronę i smażymy dosłownie przez chwilkę.

Ten omlet nie będzie puszysty, raczej zbity. Ale przynajmniej mamy gwarancję, że nie zgłodniejemy zbyt szybko ;)

niedziela, 9 grudnia 2012

Nietypowy motywator ;D

Uwaga, będzie trochę sentymentalnie ;)

Lubie mieć porządek w papierach. Wszystko mam w segregatorach lub w dokładnie opisanych teczkach. Zaczęło się od tego, że chciałam schować jeden dokument w odpowiednie miejsce... I natknęłam się na teczkę z "perełkami" z LO i studiów, a tam... :)

Duża, różowa kartka, wypełniona moimi własnymi filozofiami i wskazówkami na życie. Plus uśmiechnięte słoneczka, biedronki i inne motylki ;D

Bardzo się bałam wyjazdu na studia. Wiadomo, daleko i straszno, a ja...? Nie miałam zbyt dobrego zdania o sobie. Nieśmiała dziewczyna z dużą tendencją do pakowania się w groteskowe sytuacje. Jedno wiedziałam na pewno - będzie śmiesznie. Dlatego stworzyłam taki mały motywator, na odwagę! :) I wisiało to u mnie w pokoju, przez lata :)

Oto co zawierała moja karteczka motywacyjna:


Dzisiaj jest pięknie!!!

Słonko świeci nawet gdy go nie  widać.

Jesteś pełna werwy i energii żeby:
- przyzwyczajać do siebie świat (ciągle...),
- brać przebojem wszystko, co ci się aż pcha w łapki,
- uśmiechać się do ludzi (w szczególności do tych przystojnych i wysportowanych),
- odnieść spektakularny sukces!

Także do dzieła!
...
A właśnie, że ci się chce!!!

Aha, 
i pamiętaj, że zawsze możesz zrobić z siebie jeszcze większą idiotkę!

Niestety...eh...

piątek, 7 grudnia 2012

Testujemy kosmetyki - extra slim

Zupełnie nie wiem dlaczego, ale postanowiłam się trochę podietować i poćwiczyć.
Znowu.
Mały absurd, bo właśnie teraz, czyli przed świętami. Ale jak się czuje nagły zryw wewnętrzny, to chyba nie wypada go tak zupełnie ignorować, prawda? ;)

W związku z powyższym postanowiłam się nieco ujędrnić kremem "wyszczuplającym". A biorąc pod uwagę fakt, że nie jest to mój pierwszy taki zryw, pożądany kosmetyk w domu posiadam. I to już od jakiegoś roku...

Mowa o Termoaktywnym Serum - Laser do szybkiego wyszczuplania firmy DAX COSMETICS, czyli moja ukochana Perfecta :) Jest to "Rozgrzewający skoncentrowany preparat modelująco - wyszczuplający, działający z precyzją lasera na problematyczne partie ciała: brzuch, biodra, pośladki i uda". Czytając dalej z opakowania producent obiecuje efekty po 6 tygodniach regularnego stosowania i ma to być różnica 4 centymetrów! :D


1. Konsystencja:
Lekkiego kremu. Szybko się wchłania.

2.Zapach:
Bardzo charakterystyczny. Nie potrafię go do niczego porównać, nie pachnie mi niczym co znam ;) Ale nie jest to woń intensywna ;)

3. Wydajność:
Trudno mi określić na ile może wystarczyć całe opakowanie. Szczególnie w sytuacji, gdyby stosować go na kilka partii ciała - ja używam tego kosmetyku tylko na brzuch i biodra, i wydaje mi się, że na 2 miesiące powinien wystarczyć (stosując dwa razy dziennie).

4. Opakowanie:
Tuba. Chyba już wiecie co myślę o takich opakowaniach...

5. Czy produkt jest wart swojej ceny?
200 ml za kilkanaście złotych. Sądzę, że tak. I wszystko byłoby pięknie i ładnie, gdyby nie jedna drobnostka. Ten krem na prawdę mocno rozgrzewa! I o ile nie przeszkadza mi to na "problematycznych" partiach ciała, tak na dłoniach już strasznie. Cala idea stosowania tego typu kosmetyków odnosi się do co najmniej kilkuminutowego masażu ciała. Nie wystarczy tylko wklepać go delikatnie i po sprawie. A z tym kremem niestety tak to się kończy... Nakładam go na ciało i myślę tylko i wyłącznie o tym, żeby jak najszybciej umyć ręce. I już wiem, że kremy rozgrzewające nie są przeznaczone dla mnie.

środa, 5 grudnia 2012

Czy warto kupować kosmetyki przed świętami?


Gotowe zestawy, często właśnie w "prezentowych" opakowaniach, raczej nie kojarzą się z ofertą promocyjną. Ciągle są to dwa kremy, dwa żele, dezodorant plus coś tam i tak właściwie kosztują tyle samo, co pojedyncze sztuki. A czasami nawet więcej. 



Ale gdy zbliża się gwiazdka, jesteśmy świadkami małego cudu. Właśnie te, oto oszukańcze zestawy, nagle dostają plakietki z napisem "promocja". I wtedy właściwie opłaca się je kupić. Ceny promocyjne utrzymują się od początku grudnia do samych świąt, potem wracają do normalności. Miły gest ze strony producentów, prawda? ;) Można przygotować bardzo „konkretny” prezent za niższą cenę, a po świętach…cóż… „Szanowny kliencie – Gwiazdka się skończyła” ;D

Robiąc sobie takie zestawowe prezenty, naprawdę wychodzimy na plus.Weźmy na przykład zestaw dwóch kremów (na dzień i na noc) z płynem micelarnym. Ten płyn jest już faktycznym gratisem :) Albo jakiś balsam do ciała + peeling + mleko do kąpieli - zazwyczaj jest to minus 20% na każdym produkcie.

Na pewno nie na każdym zestawie skorzystamy. Chyba nie ma czegoś takiego, jak zestaw idealny. Zawsze znajdzie się jakiś produkt, który jest nam najzwyczajniej niepotrzebny. No, to już kwestia indywidualna, ale wydaje mi się, że w takim wypadku chyba warto sobie odpuścić promocję i kupować produkty pojedynczo ;)

Trzeba też uważać żeby się nie naciąć. Zestaw może być z pozoru idealny, jest tam wszystko o czym od dawna marzymy i cena jest powalająca. Co trzeba sprawdzić? Pojemność opakowań ;) Może się okazać, że cena nie bez powodu jest obcięta o połowę... zawartość kosmetyku też może być o połowę mniejsza :)

No to może by tak przy okazji świąt zrobić też mały prezencik dla siebie? ;)

poniedziałek, 3 grudnia 2012

Makaron spaghetti z mięskiem mielonym w sosie pomidorowym






Czyli najprostsza i najszybsza rzecz z mięskiem mielonym. Tego nie da się zepsuć ;D




Składniki na sos:

- duża cebula,
- kilka ząbków czosnku,
- pół kilo mięska mielonego,
- oliwki,
- przecier pomidorowy,
- przyprawy (bazylia, oregano, natka pietruszki, pieprz, papryczka chili, tabasco original)

Drobno pokrojoną cebulkę smażymy na oleju, jak się zeszkli dodajemy mięso. Obsmażamy aż straci krwisty kolorek. Dodajemy posiekany czosnek (przypominam: nie profanować mi czosnku praską!) i pokrojone oliwki. Całość przykrywamy, niech się trochę poddusi i przejdzie aromatami. Możliwe, że w tym momencie trzeba dolać troszkę wody – nich się bardziej dusi pod przykryciem niż smaży i przywiera do patelni ;) Mieszamy dosyć często. Dodajemy ulubione przyprawki i przecier. Niech trochę „pobulgota” (już bez przykrycia) i gotowe.

Ja zawsze podaję z makaronem spaghetti i posypuję twarożkiem albo fetą ;D


sobota, 1 grudnia 2012

Pielęgnacja dłoni



Nasze ręce codziennie wystawiane są na działanie detergentów, kurzu, wiatru, mrozu i tym podobne nieprzyjemności. Warto zatem poświecić kilka wieczorów w tygodniu na pielęgnację skóry dłoni. Od 25 minut do godziny – tyle wystarczy, by ukoić nasze ręce.

Zaczynamy od podstawy ;) Oczyszczamy płytki paznokci (jeśli jest jakiś lakier – zmywamy go, możemy poprawić kształt paznokcia, zrobić porządek ze skórkami, generalnie oczyścić paznokcie do „zabiegu”).

Najpierw peeling. Uważam, że do tego świetnie nadają się peelingi z serii „Naturia” firmy Joanna. Są to peelingi myjące, które wspaniale wygładzają skórę. Przyjemne zapachy i delikatne drobinki – moje ręce są na „tak” ;)

Przechodzimy do kremu i oliwki do paznokci. Kolejność nakładania jest dowolna. Dla mnie wygodniej jest zastosować krem i dopiero potem zając się rozprowadzaniem oliwki.
Co do kremu – to może być jakieś serum, maska do rąk lub preparat z parafiną. Ja od dłuższego czasu używam  kremu na bazie oliwy z oliwek firmy Herbamedicus. Ma przyjemną lekką konsystencję i jest bardzo wydajny.
Po nałożeniu grubej warstwy kremu przechodzimy do oliwki. Wybrałam oliwkę firmy Essence z tego względu, że odpowiadał mi sposób aplikacji produktu. Mianowicie oliwkę nakłada się przy użyciu specjalnego patyczka, a nie pipety, jak to jest w przypadku większości oliwek.

Nadszedł czas na bawełniane rękawiczki. U mnie też z Essenca, ale zamierzam je zmienić. Uważam, że są niewygodne, za ciasne (palce są nieproporcjonalnie długie i strasznie wąskie).

I tak siedzimy sobie z pół godzinki do godziny. Po zdjęciu rękawiczek wklepujemy ewentualną resztkę kremu i gotowe :)

Czynność najlepiej wykonać wieczorem, kiedy mamy pewność, że nie weźmiemy się po tym za sprzątanie, czy zmywanie. Rano na paznokcie nakładamy odżywkę. Osobiście preferuję jedwab do paznokci lub odżywkę z aloesem (na przykład Miss sporty), ale ostatnio dałam się złapać na promocję i kupiłam odżywkę wzmacniającą z ekstraktem z pereł firmy Paloma i jestem baaardzo zadowolona ;D

czwartek, 29 listopada 2012

Ciasteczka owsiane



Żeby nie było. Dietetycznie też potrafię ;)

Składniki:

- 1 szklanka płatków owsianych,
- 1 szklanka otrębów pszennych,
- 1 jajko,
- 1 szklanka soku jabłkowego,
- 1/4 szklanki oleju,
- 1 łyżeczka proszku do pieczenia,
- 4 łyżeczki cynamonu,
- 2 łyżki miodu.


Blachę do pieczenia wykładamy papierem (w przepisie jest olej, który dodajemy bezpośrednio do masy na ciasteczka. Także bez obaw, że ciastka przykleją się do papieru). 
Wszystkie składniki łączymy ze sobą. Do masy można dodać oczywiście wszystko: orzechy, suszone owoce, migdały. Ja najczęściej dorzucam żurawinę.
Masy można nie słodzić. W przepisie, który dostałam nie było żadnych dosładzaczy. Ale jak robiłam je po raz pierwszy, aż się prosiło o odrobinę miodu. To pewnie przez ten aromat cynamonu i jabłek ;)

Za pomocą łyżki układamy masę na blasze w postaci cieniutkich placuszków. Pieczemy około 25 minut w temperaturze 200 stopni.

Z podanych proporcji wychodzi jedna blacha ciastek.

środa, 28 listopada 2012

Materiały promocyjne - firmowe drobiazgi dla klientów

Nie raz i nie dziesięć, ale wiele więcej: jesteśmy zarzucani drobiazgami promocyjnymi, które teoretycznie mają nam przybliżyć nową markę, produkt, czy firmę usługową. Pomagając ostatnio w rozpisaniu pewnego biznes planu długo zastanawiałam się nad kwestiami promocji.

z jednej strony, to najważniejsza rzecz dla potencjalnej firmy: znaleźć klienta na swe usługi czy produkty. Z drugiej: nie można przesadzić, a szkoda też wydawać pieniądze na coś, co się...nie ma prawa udać...

Przeglądałam więc kolejne miejsca i przypominałam sobie sytuacje, w których sama byłam tym potencjalnym klientem i próbowano mi włożyć do rąk...no właśnie: różne dziwne przedmioty, które mają mnie przekonać do czyichś usług, bądź mile zapisać się w mej pamięci...czy skutecznie?

Tania promocja działalności gospodarczej - czy zawsze skuteczna i pożądana?

1. ulotki - coś, czego często unikamy nawet a daleka - obchodząc szerokim łukiem. skuteczne? chyba tylko wtedy, kiedy wpadają do rąk osobie, która zastanawia się od dłuższego czasu nad zakupem / nauką języka obcego, czy pożyczką...najczęściej jednak jest to dość uciążliwa forma promocji: tak dla wręczających, jak i odbierających ulotki. stosy pogniecionych zazwyczaj wypełniają najbliższy kosz na śmieci - znacie to? jeden raz spotkałam się z ulotką, którą zachowałam ze względu na jej wartość artystyczną. do tej pory służy mi jako zakładka...reszta jednak pozostaje w pamięci jako zlepek rozmaitych kolorów i pojedynczych liter. nic więcej.

2. coś, co lubi większość z nas - cukierki, krówki - w firmowym papierze. kolejna popularna, często spotykana na rozmaitych targach, czy w niektórych sklepach forma promocji. odrobina słodkości skryta w papierku, który niejednokrotnie odruchowo chowamy do kieszeni -skutecznie przemycony adres i nazwa firmy pozwala jednocześnie zahaczyć w naszej pamięci bardzo miłe skojarzenie ze słodkim smakiem łakoci. jak najbardziej popieram :)
dla zainteresowanych, a także tytułem wątków ślubno - weselnych, które tutaj ciągniemy -  na łakociach można także umieścić zdjęcie młodych i  wręczać gościom na pamiątkę. bardzo łatwo znaleźć firmy oferujące produkcję takich słodkości - m.in. poprzez Allegro :)


3. długopisy z firmowym nadrukiem - niejednokrotnie spotykana i wybitnie praktyczna forma promocji - długopisowi kleptomani są wszędzie, bo każdy pamięta, że zawsze to przecież "może się przydać"; kolekcjonerstwo podobnych długopisów także kwitnie, więc popieramy wszystkimi kończynami!

4. przyklejane potworki na wielkich łapkach - dawno nie widziałam, ale swego czasu bardzo popularne: małe puchate kuleczki przyklejone do wielkich samoprzylepnych stóp, dwoje krzywych oczu i mały język - na ogonku nazwa firmy - jedna z moich ulubionych form promocji z czasów dzieciństwa - nie miałam pojęcia o co chodziło, ale puchata naklejka dłuuugo plątała się po domu: rodzice strzeżcie się promocji kierowanych do Was podprogowo poprzez Wasze pociechy!

5. breloki - kolejny klasyk reklamowy, chociaż nieco bardziej kosztochłonny niż wcześniej wymienione, jedna z rzeczy, które niegdyś należały do popularnych, współcześnie wyparte jak się zdaje przez...

6. smycz na klucze - w formie dowolnej: tańsza w produkcji alternatywa dla breloczków - kolorowa, mieści więcej tekstu promocyjnego i bardzo uniwersalna w zastosowaniu; czy skutecznie promuje? ilość promocyjnych smyczy, jakie swego czasu wypuszczano na rynek spowodowała, że jak zwykle skorzystali przede wszystkim pierwsi producenci reklamujący się w ten sposób, u mnie w domu smutny stosik nigdy nie wykorzystanych sznureczków nadal rośnie - choć już nieco wolniej. smyczom więc dziękujemy!

poza wymienionymi istnieje mnóstwo innych rzeczy, które mogą zachęcać do skorzystania z usług firmy: a to kalendarzyki propagandowe, czy ekstraklasa wśród materiałów promocyjnych: t-shirty i kubeczki.

nic nigdy nie wprawiło mnie w zdziwienie równie mocno jak promocyjne...wieszaki na ubrania. pamiętam, że firma oferująca je nie miała nic wspólnego - ani z tekstyliami, ani z wyrobem wieszaków sensu stricte...ale zaskoczyć klienta i dać mu do myślenia - to przecież też sposób...

i już zaczynają przychodzić na myśl głupie pomysły: bo i jaki ciekawy gadżet promocyjny mogłaby proponować ot...np. masarnia...albo...zakład pogrzebowy..?


Smoku!

Gadżety, gadżetami... Ale nie wspomniałaś o klasyce: zwykle wizytówki ;) W odpowiedniej szacie graficznej też mogą skutecznie przykuwać uwagę, jak chociażby ta ulotka, której używasz jako zakładki ;) A jest zdecydowanie pojemniejsza, jeżeli chodzi o zasób informacji. Także obok tych praktycznych długopisów z nadrukowaną nazwą firmy i numerem kontaktowym, niech leżą jeszcze ładne, kolorowe karteczki.

Odnosząc się do Twojej ostatniej "głupiej"myśli... Co do zakładu pogrzebowego miałam jeden pomysł, ale wydaje mi się, że był co najmniej niesmaczny. Zresztą, taki typ instytucji raczej nie powinien szukać promocji w gadżetach. Szeroko pojęta opinia publiczna nie przyjęłaby tego dobrze. I słusznie! Co do masarni... cóż... Pamiętasz takie zabawki do samochodu, kotki lub pieski, którym ruszały się głowy na każdym wyboju? Wyobraziłam sobie coś takiego w postaci świnki. Bez komentarza proszę...

poniedziałek, 26 listopada 2012

Testujemy kosmetyki - krem do twarzy


GARNIER SKIN NATURALS
Czysta Skóra

Krem nawilżający
Długotrwały efekt matujący


INFORMACJE Z OPAKOWANIA

Krem nawilżający "Długotrwały efekt matujący" Garnier Czysta Skóra jest przeznaczony do skóry mieszanej lub tłustej, która się błyszczy. Jego formuła z glinką, cynkiem i czynnikiem antybakteryjnym matuje skórę, pochłania i reguluje nadmiar sebum. Twoja skóra na długo pozostaje czysta, matowa i dobrze nawilżona, bez efektu tłustości.


Uwielbiam ten krem! I chociaż jestem już dobre 25+ nie zamierzam z niego rezygnować. Jak mi się kończy tubka to zaczynam eksperymentować z innymi kremami (z różnym skutkiem - wykańczam je bardzo szybko albo oddaje siostrze) a potem znowu wracam do Garnierka ;)

1. Konsystencja:
Nie jest to gęsty krem. Przypomina trochę mleczko (dobrze zagęszczone mleczko) dzięki czemu szybciutko się wchłania. Efekt nawilżenia jest natychmiastowy, a delikatna "tłusta" powłoczka momentalnie znika.

2. Zapach:
Bardzo delikatny, najwyraźniej odczuwalna jest nuta "ogórka".

3. Wydajność:
Nawet, nawet ;) Przez nieco rzadszą konsystencję wystarcza na kilka miesięcy (nie wiem jakby to wyglądało przy używaniu kremu dwa razy dziennie - ja stosuje go tylko rano).

4. Opakowanie:
Zwykła tubka. Drobny minus za brak jakiegoś "higienicznego" dozownika.

5. Czy produkt jest wart swojej ceny?
Tak. Jednak z tego co zauważyłam cena produktu może wahać nawet o 10 zł. Ostatnio dostaję ten krem za 14 zł, ale pamiętam, że dawałam za niego nawet 26 zł. I nie jest to kwestia ewentualnych promocji. Mam nadzieję, że aktualna cena już się nie zmieni :)

niedziela, 25 listopada 2012

Wariacje z mięskiem mielonym

 

Marchewka z groszkiem

 

 




Zawsze najłatwiej, najszybciej i najsmaczniej wychodzą mi dania z mięsem mielonym ;) Dzisiaj w wersji z marchewką i groszkiem.


Składniki:

- duża cebula,
- 3 ząbki czosnku (ja strasznie czosnkowa jestem, i zapewne w większości moich przepisów ten czosnek się pojawi ;) tak tylko zaznaczam, że uwielbiam i daje prawie wszędzie, także jak ktoś jest absolutne na "nie" to zwyczajnie ten składnik proszę pomijać ;D),
- pół kilo mięsa mielonego,
- pokrojone pomidory w puszce,
- mały koncentrat pomidorowy,
- marchewka z groszkiem (używam już gotowych ze słoika. Jasne, że można kupić oddzielnie groszek w puszce i surową marchewkę, ale z tym jest więcej roboty - marchew trzeba oporządzić i podgotować, albo dłużej wszystko trzymać na patelni, ale po co tak właściwie? Taniej i szybciej można skorzystać ze sklepowego gotowca),
- przyprawy: pieprz, papryka słodka  i ostra, suszona natka pietruszki (tak właściwie wszystko na co ma się ochotę i co komu pasuje - jak mam ochotę na ostro to dodaję tabasco).

Cebulkę drobno kroimy i podsmażamy. Gdy się zeszkli dodajemy mięsko mielone i trzymamy na patelni, aż straci krwisty kolorek. Podlewamy odrobinką wody, przyprawiamy, dodajemy posiekany czosnek (proszę mi nie profanować czosnku praską!) i pomidory z puszki (pomidory też oczywiście możemy sami sobie przygotować. Tylko trzeba je najpierw sparzyć, obrać ze skórki i pokroić - ja idę na łatwiznę, kupuje gotowe). Całość mieszamy i trzymamy na małym ogniu pod przykryciem. Od czasu do czasu mieszamy, jak zaczyna przywierać do patelni to podlewamy wodą, kiedy sosik wydaje się za rzadki to nie przykrywamy patelni tylko odparowujemy. Na końcu dodajemy odcedzoną marchewkę z groszkiem i przecier pomidorowy, który ładnie nam całość zagęści i ostatecznie połączy składniki sosu.

Mi najbardziej smakuje z makaronem ;)

Sosu wychodzi na 6 porcji. U nas to co zostaje najczęściej ląduje w tortilli i kolejny obiadek gotowy ;) Resztę zużywamy do chleba.



sobota, 24 listopada 2012

Testujemy kosmetyki - kremy do rąk

Regenerujący krem do rąk "BeBeauty - HANDS EXPERT!V"






INFORMACJE Z OPAKOWANIA

Intensywnie regenerujący krem do rąk skutecznie odżywia, nawilża i chroni bardzo suchą skórę. Eliminuje uczucie szorstkości i dyskomfortu, poprawia elastyczność oraz zapewnia uczucie miękkości. Alantoina chroni przed wysuszeniem i działaniem szkodliwych czynników zewnętrznych. Regularnie stosowany łagodzi i pomaga odbudować zniszczoną skórę dłoni.



Tak, to marka Biedronki, a kremik nabyłam z czystego lenistwa ;) Mam już wybrany "ideał" spośród kremów do rąk, ale tak strasznie mi się nie chciało po niego jechać. A Biedronkę mam pod nosem, żywię się na niej nagminnie, a czasem skuszę się na jakiś kosmetyk. W ten oto sposób nabyłam kremik do rąk i aż się prosi o komentarz.

1. Konsystencja:
Krem jest gęsty, żadna woda z niego nie ucieka. Ale nie wchłania się dobrze. Jako krem na noc jest rewelacyjny. Używając go w ciągu dnia przez dłuższy czas nie mogę się do niczego dotknąć a i tak nadmiar usuwam chusteczką.

2. Zapach:
No i tutaj jest właśnie największa niespodzianka. Ja znam ten zapach! Używałam już tego kremu, jestem pewna na 100 %. Jednak pod tą marką zakupiłam go po raz pierwszy, więc? Na opakowaniu przy nazwie producenta, możemy przeczytać jedynie, że produkt został wyprodukowany w Unii Europejskiej. A mi to pachnie... Garnierem.

3. Wydajność:
Niewielka ilość wystarczy na obie ręce.

4. Opakowanie:
No tubka, oczywiście! A tubki są oszukańcze, nie da się wykorzystać kosmetyku do końca. Człowiek widzi, że coś tam jeszcze jest, ale nie mogąc się do tego dobrać - wyrzuca i kupuje kolejny krem.

5. Czy produkt jest wart swojej ceny?
Jak najbardziej :) 125 ml za niecałe 4 zł. ;)

Największym minusem (i chyba jedynym) jest czas, w którym się kremik wchłania. To zdecydowanie za długo, jeśli mamy "pełne ręce roboty".

środa, 21 listopada 2012

Zamienniki, czy oryginały? Czym poić drukarkę?

Pierwsze urządzenie wielofunkcyjne nabyłam już dawno temu. Od tamtej pory jedyną słuszną drogą jej eksploatacji stały się zamienniki.
Nie chodziło tylko o cenę - sprawdzając wielokrotnie tusze oryginalne i porównując je z zamiennikami stwierdzam, że do użytku domowego i nieprofesjonalnego nie ma najmniejszego znaczenia rodzaj tonera.
 Nie tylko nie miewałam problemów z eksploatacją urządzeń - nie psuły się  ani nie buntowały pod wpływem  zamienników, ale wykazywały większą wydajność, niż oryginalne produkty.

Czy to tylko moje szczęście?
Niekoniecznie.

Pozostaję wierna jednej marce - Epson - i okazuje się to fantastycznym rozwiązaniem.

Nie tylko cena zamienników odpowiednich do niektórych modelów są minimalne, ale sam sprzęt okazuje się być wytrzymały i długowieczny.
Cena modelu SX215 to niecałe 200 złotych.

Komplet zamienników to ok. 12zł.

Co ciekawe, jeden toner wystarczy na zadrukowanie prawie całej ryzy papieru tekstem bez obrazków.

Przy niemal codziennym użytku, Epson działa u mnie już prawie 2 lata. W czasie, kiedy sąsiedzi żegnali kolejne sprzęty, Epsonek służył mnie i im - na wszelkie konieczne sposoby. Nawet okazjonalnie drukowane zdjęcia dawały zadowalający efekt.

Osoby drukujące okazjonalnie lubią stawiać na oryginalne tusze. Jakość? Podtrzymanie gwarancji?
Jeśli chodzi o gwarancje na sprzęt - bezsprzecznie stwierdzam, że przy takiej ilości druku, jaką ja przepuszczam przez maszynę Epsona, bardzo szybko zwracają mi się koszty eksploatacji.

Krótko mówiąc - bardziej opłaca się kupić nową maszynę wielofunkcyjną, aniżeli  kupować oryginalne tusze.

Co więc wybrać?

Każdy decyduje sam. Nie mam jednak wątpliwości, że przy niezauważalnej różnicy w jakości druku i intensywnym użytkowaniu, warto postawić na zamienniki.





wtorek, 20 listopada 2012

Muzyka wynagradza wszystko?

Też tak macie, że niektóre filmy jesteście w stanie do oglądać do końca, tylko i wyłącznie z tego względu, że nie możecie oderwać ucha od ścieżki dźwiękowej?

Film kiepski, fabula marna, gra aktorska leży i kwiczy, a ja siedzę i daję się ponieść muzyce. Gladiatora tak przesiedziałam... Film nawet dobry nie powiem, ale coś mi w nim nie pasowało. Może byłam za mała na takie arcydzieła?

Samą słabość do muzyki filmowej odkryłam już jakiś czas temu. Mianowicie oglądając filmową wersję mojej ukochanej bajki (ale ukochanej tylko w oryginalnej wersji językowej, polski dubbing strasznie mnie zniechęcił) The Last Airbender. Do końca filmu wytrwałam tylko i wyłącznie dzięki muzyce. Na prawdę, tak cienkiego filmu nie widziałam już dawno! Ale James Newton Howard zrobił coś niesamowitego, z miejsca poczułam, że tego pragnę, chcę mieć i nie odpuszczę! No i przyznaję się bez bicia, sprawdzam przy jakich filmach współpracował i oglądam (a raczej słucham) namiętnie ;D Chociażby z tego roku: Igrzyska śmierci lub Królewna Śnieżka i Łowca.

poniedziałek, 19 listopada 2012

Słodkie kociaki 24/7

W świecie obrazów i upraszczania znaczeń coraz większą popularnością cieszą się serwisy "odmóżdżające" - krótki podpis plus zdjęcie mogą załatwić wiele.

Ciekawą alternatywą są kamerki montowane z różnych miejscach umożliwiające obserwację transmisji 24 godziny na dobę, 7 w dni w tygodniu.

O ile tego typu livestreamy np. z hodowli kurcząt, czy obserwowanie pleśniejącego sera ( nie ma śmiechu - taki podgląd naprawdę istnieje!) zupełnie mnie nie interesują, o tyle baraszkująca w kącie zabaw kocia rodzinka może podbić wiele serc...a wystarczy patrzeć :)

The Spice Kittens on Livestream!

http://new.livestream.com/accounts/398160/events/1594566


Smoku!

No i mam z głowy dzisiejsze sprzątanie! ;P
Masz może namiar na jakieś psiaki albo jeżyki?

Tak ostatnio doszłam do wniosku, że chcę mieć jeża. Tak, wiem.... w Polsce jest to nielegalne, jeże pod ochroną itp itd. Ale! Istnieje coś takiego jak jeż pigmejski... :D

Takie marzenia delikatne mam. Dopóki mieszkam w bloku żadnych zwierzaków nie będzie... Szkoda by mi było trzymać jakiegoś kociaka czy chociażby jorka. Co te biedne stworzenie by robiło, jak każde z właścicieli zniknie na cały dzień w robocie. O frustracji sąsiadów nie wspominając (te wszystkie zawodzenia i miałki).

A jeż? Jest właściwie bezgłośny, prawda? ;D

No nie...chyba jednak kłamie. Przecież jeże tuptają!

sobota, 17 listopada 2012

Okuribito” – czyli ostatnie pożegnania po japońsku


Młody wirtuoz gry na wiolonczeli traci pracę. Poszukując nowej trafia na ofertę „pomocy przy podróżach”. Jak się jednak okazuje – także w ogłoszeniach o pracę trafiają się błędy…

Biura podróży zwyczajowo nie są wypełnione trumnami. Japońskie nie różnią się w tym względzie od europejskich.
Kiedy nasz główny bohater trafia pod adres podany w ogłoszeniu nie jest przygotowany na cokolwiek, co ma go spotkać: oto zamiast pomocy przy podróżach, oferta pracy dotyczy pomocy w tradycyjnym, japońskim domu pogrzebowym.
Pełen sprzecznych uczuć decyduje się spróbować swych sił w tej pracy. Skrywając przed swoją żoną prawdę, powoli zagłębia się w świecie rytuałów i tytułowych pożegnań. Początkowo czując strach i niemoc w obliczu śmierci, stopniowo zaczyna odkrywać rzeczywistą rolę, jaką pełni w tytułowych  pożegnaniach.

Japońskie kino bardzo często kojarzy nam się z produkcjami kina akcji, niejednokrotnie spod znaku fantastyki. Artystyczne zagłębie jakim jest Japonia pozwala jednak z łatwością odnaleźć równie wiele filmów, których istotą jest plastyczność przekazu bardzo konkretnych emocji, klimatu. Posługując się językiem obrazu i dźwięku, filmy japońskie dają nam – ludziom zachodu – wejrzeć w inspirujący i tajemniczy świat współczesnego orientu.
„Okuribito” to jedna z najpopularniejszych – choć wciąż nie dość rozpoznawalna – produkcja ostatnich lat, która prowadzi nas z głównym bohaterem poprzez kolejne etapy jego nauki jako mistrza tradycyjnej ceremonii pogrzebowej.
Temat bardzo interesujący, bo wprowadzający nas w świat jednej z najbardziej intymnych sytuacji życiowych, a jednocześnie pociągających z racji swojej niedopowiedzianej natury. Klimat, klimat, klimat… tak można jednym słowem określić ten film, który stawiając nam przed oczami bardzo trudny temat, nie zadręcza nas ciężarem żałoby epatującej z każdego ujęcia, ale pokazuje najróżniejsze aspekty przejścia od życia do śmierci. Naszego bohatera spotykają  niejednokrotnie sytuacje komiczne, rozładowujące nagromadzone w widzu emocje, ale i trudne, związane przede wszystkim z niemożnością odcięcia się od pracy nawet po jej zakończeniu. Zaczynającego go prześladować „memento Mori” powoduje, że konieczne jest poszukiwanie ujścia dla emocji (tak jego, jak i widza).
Parabola, którą w ten sposób zataczamy – wracając do motywu muzyki – daje wytchnienie i nie pozwala melancholijnego nastroju sprowadzić do smutku.


Japońskie kino ma w Polsce swoją stałą widownię, ale też często jest idealnym materiałem „eksperymentalnym” dla tych, którzy chcą poznać coś nowego i zupełnie świeżego dla człowieka z zachodu. „Okuribito” jest w tym przypadku filmem, którego nie da się z pamięci wymazać – pozostaje w myślach długo po obejrzeniu i pozwala z przyjemnością do siebie powracać.

Puenta całości, to fakt, że "Okuribito" zgarnęło Oscara za najlepszy film nieanglojęzyczny.  Niestety, dla wielu film ten pozostał nieznanym, tak jak i projekcje z drugiej z moich ulubionych kategorii Oscarowych - krótki film animowany...ale to już zupełnie inna historia.