O pielęgnacji ciała w zimie już pisałam (tu) Także teoretyczne wskazówki mamy już za sobą ;) Czas na praktykę.
Początkowo byłam zdania, że kremy z etykietą "za zimę", "dla sportowców", "idealny na narty" swoją wyjątkowość zawdzięczają głównie cenie. Wybierałam kremy "normalne" (naturalnie przerzuciłam się na wersję półtłustą), ale bez magicznego stwierdzenia "najlepszy na mrozy". W efekcie - skóra była dobrze zabezpieczona przed nieprzyjemnymi warunkami atmosferycznymi, ale była "tłusta" i swędząca (nie potrafię tego wytłumaczyć, ot zwyczajnie przy źle dobranym kosmetyku skóra mnie swędzi i nie jest to wynikiem podrażnienia/uczulenia, raczej gigantycznego dyskomfortu...)
Postanowiłam zatem przetestować coś z serii zimowej. Pierwszy był krem z Ziaji na każdą pogodę - tutaj więcej o nim Jednak nie tego szukałam. Zużyłam go na ciało, ponieważ jako kosmetyk do twarzy był dla mnie za ciężki...
W tym roku zdecydowałam się na zakup mojej coraz bardziej lubianej Perfecty.
INFORMACJE Z OPAKOWANIA
Ochronno - pielęgnacyjny krem, przeznaczony do intensywnego nawilżenia skóry w warunkach zimowych, szczególnie gdy temperatura spada poniżej 0C. Polecany do pielęgnacji każdego rodzaju skóry. Krem gwarantuje skuteczna ochronę przed mrozem i wiatrem oraz poprawia elastyczność skóry przyczyniając się tym samym do jej wygładzenia. Przy cerze szczególnie suchej, krem można stosować również na noc.
Zawiera Pro-lipid Factor - składniki odbudowujące płaszcz lipidowy, wzmacniające naturalną barierę ochronną i zapewniające wysoki poziom nawilżenia skóry poprzez zatrzymanie wilgoci w naskórku.
1. Konsystencja:
Krem jest gęsty. Faktycznie "odpowiedni" na zimę ;]
2. Zapach:
Czymś tam pachnie, nie potrafię zidentyfikować tego zapachu - a raczej przyrównać do czegoś "znanego". Grunt, że kosmetyk nie jest ostro perfumowany.
3. Wydajność:
Nie będę kłamać, krem nabyłam dopiero tej zimy. Konsystencja wymaga zużycia większej ilości kremu niż przy kremach nawilżających. Jednak mimo tego sądzę, że krem na jeden sezon z pewnością wystarczy (uwzględniając również zużycie na dłonie). W przyszłym roku i tak będzie trzeba kupić nowy... Na prawdę warto trzymać się zasady: producent mówi żeby zużyć kosmetyk do 12 miesięcy od otwarcia, więc po roku go wyrzucam, nawet jeśli coś zostało.
4. Opakowanie:
Tubka, ale chociaż raz nie będę narzekać. Kosmetyk w tubce jest łatwiejszy w użyciu poza domem, niż ten w słoiczku. A zimą warto pacnąć się kremem nie raz, czy dwa, ale za każdym razem jak wychodzimy na dwór.
5. Czy produkt jest wart swojej ceny?
Tak :) 50 ml za 14 zł. W promocji widziałam za niecałe 10 zł...
No i najważniejsze - buzia mnie po nim nie swędzi :D
sobota, 19 stycznia 2013
sobota, 12 stycznia 2013
Testujemy kosmetyki - antyperspirant w żelu
Lady
Speed
Stick
24/7 GEL
INFORMACJA Z OPAKOWANIA:
Nowy dezodorant antyperspiracyjny w żelu Lady Speed Stick Fruity Splash zawiera stopniowo uwalniające się składniki, które skutecznie chronią przed potem i nieświeżym zapachem. Używany codziennie chroni przez 24 godziny 7 dni w tygodniu. Nie pozostawia białych śladów.
1. Konsystencja:
Jak to żel - konsystencja jest lepka ;)
2. Zapach:
No i znowu kwestia gustu. Mi się nie podobał. Na szczęście w kosmetykach tego typu zapach bardzo szybko się ulatnia, także nie było z tym problemu.
3. Wydajność:
Ok. Przy codziennym używaniu wystarcza na jakieś 4 miesiące.
4. Opakowanie:
Na kształt dezodorantów w sztyfcie. Wygodne w użyciu.
5. Czy produkt jest wart swojej ceny?
Kosmetyk zawiera 65 g. produktu. W promocji dałam niecałe 6 zł - nie mam pojęcia ile kosztuje w cenie regularnej.
W promocji, czy bez - nie kupię go więcej. Za duża ilość żelu wysycha w mało estetyczny sposób (białe kuleczki nagle są wszędzie, nie tylko pod pachami...). No i największy minus za smugi na ubraniach - zabrudził mi wszystkie bluzki i jak na razie nie znalazłam jeszcze odplamiacza, który by sobie z tym poradził :/
Jestem na nie.
niedziela, 6 stycznia 2013
Gdzie leży dusza książki? Stare i nowe wydania bajek
Znalazlam przypadkiem w internecie jedne z pierwszych rysunków, które wykorzystano do zobrazowania opowieści o królewnie Śnieżce. Szybko odgrzebałam z własnej półki pierwsze wydanie, jakie pamiętałam ze swojego czytelniczego życia i na nowo - oniemiałam.
Piękno, które jako dziecko rozumiałam przez magnetyczne spojrzenie postaci, żywe, mnogie barwy na stronie i ten cudowny, chropowaty, lekko pożółkły papier w ręku...Długie chwile spędzałam jako dziecko właśnie na oglądaniu ilustracji - treść przecież była znana. A mimo to "czytałam" historię wciąż na nowo - obserwując kolejne sceny i swoim dziecięcym umyśle dopowadając sobie resztę.
Dlaczego dzisiejsze bajki już takiej mocy nie mają...spójrzcie sami...
Kiedy patrzę na dzisiejsze półki z bajkami i baśniami, szukając czegoś DOBREGO, najczęściej odchodzę z niesmakiem. Pulchne twarzyczki dziecięcych twarzy "królewien", wróżki topione w odmętach tiulowych kreacji i komputerowych blików, gwiazdek...sączącej się słodyczy w bajkach, które niejednokrotnie były przecież bardzo tragiczne u swego końca...Kto bowiem pamięta pierwsze wersje wielu klasyków, wie, że oryginalne, wpisane w księgi dziedzictwa historycznego opowieści Braci Grimm ( szczęśliwy, kto posiada słynne dwie niebieskie księgi!!) były przepojone śmiercią i tragedią. Dlaczego na siłę próbuje się dzisiaj tłumaczyć koleje losu "bezstresowo"?
Nie mam pojęcia.
Przeglądając serwisy aukcyjne widzę, że na pniu wyprzedawane są stare dobre wydania książek, o których "nowocześni rodzice" pojęcia nie mają.
Kochani! Umysłu dziecka nie wyżywicie księżniczkami "Barbie", ani piersiatymi odpowiednikami tejże. Potrzeba tak samo słodkości przygody, jak i goryczy życia, żeby człowiek był NORMALNY, a stare baśnie mają wielką moc - spróbujcie sobie sami ją przypomnieć.
Polecam też poszukiwanie przepieknych, starych wydań książek!
Na półce mogą lśnić niezliczone "pokazowe" woluminy, ale czytajcie i pokazujcie dzieciom te stare, podniszczone tomu - idę o zakład, że właśnie one będą przez nie później wspominane!
Piękno, które jako dziecko rozumiałam przez magnetyczne spojrzenie postaci, żywe, mnogie barwy na stronie i ten cudowny, chropowaty, lekko pożółkły papier w ręku...Długie chwile spędzałam jako dziecko właśnie na oglądaniu ilustracji - treść przecież była znana. A mimo to "czytałam" historię wciąż na nowo - obserwując kolejne sceny i swoim dziecięcym umyśle dopowadając sobie resztę.
Dlaczego dzisiejsze bajki już takiej mocy nie mają...spójrzcie sami...
Kiedy patrzę na dzisiejsze półki z bajkami i baśniami, szukając czegoś DOBREGO, najczęściej odchodzę z niesmakiem. Pulchne twarzyczki dziecięcych twarzy "królewien", wróżki topione w odmętach tiulowych kreacji i komputerowych blików, gwiazdek...sączącej się słodyczy w bajkach, które niejednokrotnie były przecież bardzo tragiczne u swego końca...Kto bowiem pamięta pierwsze wersje wielu klasyków, wie, że oryginalne, wpisane w księgi dziedzictwa historycznego opowieści Braci Grimm ( szczęśliwy, kto posiada słynne dwie niebieskie księgi!!) były przepojone śmiercią i tragedią. Dlaczego na siłę próbuje się dzisiaj tłumaczyć koleje losu "bezstresowo"?
Nie mam pojęcia.
Przeglądając serwisy aukcyjne widzę, że na pniu wyprzedawane są stare dobre wydania książek, o których "nowocześni rodzice" pojęcia nie mają.
Kochani! Umysłu dziecka nie wyżywicie księżniczkami "Barbie", ani piersiatymi odpowiednikami tejże. Potrzeba tak samo słodkości przygody, jak i goryczy życia, żeby człowiek był NORMALNY, a stare baśnie mają wielką moc - spróbujcie sobie sami ją przypomnieć.
Polecam też poszukiwanie przepieknych, starych wydań książek!
Na półce mogą lśnić niezliczone "pokazowe" woluminy, ale czytajcie i pokazujcie dzieciom te stare, podniszczone tomu - idę o zakład, że właśnie one będą przez nie później wspominane!
sobota, 5 stycznia 2013
Czy nie ma już świata poza internetem?
Ponad miesiąc temu niespodziewanie straciłam połączenie z internetem w domu i o ile zmiana taryfy itp. zapowiadała co najwyżej 2-3 dniowe (a więc niewątpliwie krótkotrwałe) problemy z połączeniem, to niestety, jak to zwykle bywa, rzeczywistość okazała się nieubłagana.
Odcięto mnie na miesiąc od internetu i choć nie należę do osób, które korzystają z portali społecznościowych ( mam profil tylko na jednym i korzystam z niego tylko, kiedy muszę pobrać pewne dane), nie jestem programistą, czy człowiekiem, który w ogóle uważa komputer za cel wszelkiego istnienia, o tyle dało się zauważyć ogromne problemy, nawet w najprostszych jak się później okazało kwestiach...
Zaskoczyło mnie to i zmartwiło, bo okazuje się, że nawet osoba tak jak ja - po macoszemu traktująca zdobycze techniki - może żałośnie zawyć, kiedy ogranicza się jej dostęp do niektórych...podstawowych niestety źródeł informacji.
Dzień 1 -3 spoko. Mam czas poczytać książki, które dawno odłożyłam, uczę się pilnie do sesji, przygotowuję projekty i prace zaliczeniowe. Praca przebiega w planowany sposób, choć w pracach zaliczeniowych mnóstwo luk - uzupełnię je za dzień czy dwa - eleganckie przypisy, dodatkowe informacje - nie będzie problemu - tymczasem odznaczamy tylko miejsca wybrakowane, co by do nich szybko powrócić gdy sieć wróci.
Dzień 4-5 zaniepokojenie i pierwsze telefony do operatora - zaczynają się opóźnienia, ale przecież to nie koniec świata - po mikołajkach wszystko powinno już być.
6 grudnia...jakie to szczęście, że wymarzone prezenty zamówiłam dawno temu...internetu brak, a tu niestety:
- brak dostępu do pieniędzy z konta internetowego na płatność podstawowych rachunków staje się...nidogodna
- zaczynam się martwić o terminowe złożenie prac zaliczeniowych
- kurcze...chętnie sprawdziłabym maila, bo może ktoś coś ode mnie chciał...w końcu to mój podstawowy sposób komunikowania się ze światem
- tydzień bez posta na blogu...przepraszam Syrenko!! nadrobię...wszystko nadrobię, z resztą - tydzień poślizgu chyba można wybaczyć?
7-12 grudnia - zbliża się przerwa świąteczna, a ja:
- nie zapłaciłam rachunków
- nie mogę skontaktować się z profesorami w nurtujących mnie problemach
- nie wiem, czy dotarł do mnie oczekiwany przelew
- nie mogę kupić potrzebnych mi tuszy do drukarki
- nie wysłałam jeszcze prac zaliczeniowych
- prace są niedokończone
- nie mam skąd ściągnąć niezbędnych mi materiałów naukowych
- nie mogę sprawdzić dostępności książek w bibliotece
- dalej brak postów ode mnie
do tego drobiazgi w stylu dostępu do moich ulubionych serwisów informacyjnych i kilka aukcji też chciałam doglądnąć, ale cóż...życie ;/
od 13 grudnia rozpoczęła się seria telefonów z mojej strony do operatora, bo nie doczekałam się żadnej informacji, a jeśli już jakieś dostawałam, to były sprzeczne z wcześniejszymi
zaczynam też poszukiwania nowego operatora, bo jakość usługi obecnego zaczyna być co najmniej niedorzeczna...a nich to! że też pierwszym pomysłem było poszukanie dobrego operatora w internecie ;/
14 grudnia - internetu brak - cała reszta problemów - jak wyżej, tylko BARDZIEJ irytująca.
trzeba to skończyć: zmolestowany chłopak poddaje się i oddaje w moje niecne szpony swój internet " Najlepszy w całej wsi"....om nom nom nom nom....czuję się jak przy ciepłym obiedzie po wielu godzinach przymierania głodem na wykładzie...bossssko....a szybkosć internetu jest jak ten cudowny zapach kawy po obiadku wypitej...
Mój Chłopak jest super....i ma internet bijacz ;]
ale problem się nie rozwiązał...
17 grudnia - wizyta znajomych obsługujących sieć radiową w okolicy - niestety, okazuje się, że podłączenie jest niemożliwe, bo przekaźnik nie podoła przeszkodom terenowym...trzeba więc czekać na "podpięcie druta"
informacyjny chaos u popularnego operatora trwa nadal
w międzyczasie moja umowa jak się okazało została anulowana (?!) i nikt nie miał zamiaru mnie o tym poinformować...pomyślałam, że pewnie wysłali zawiadomienie mailem i dlatego nic o tym nie wiedziałam...
na szczęście nie było to prawdą, więc granicy absurdu nie osiągnięto, ale...nie poinformowano mnie, cóż...
piątek...21 grudnia...sprawy internetowe załatwione, choć dostępność informacji ze świata w ilości mi odpowiadającej ( i jakości, którą preferuję), nadal żadna. właśnie zjawili się "bogowie sieci", czyli technicy internetowi...popatrzyli, popukali i stwierdzili, że nic nie mogą poradzić i trzeba czekać a w ogóle to niepotrzebnie przyjeżdżali...
dobrze, że nie nawiedził mnie słynny bożonarodzeniowy duch, bo komuś wybiłabym ząbki przed Wigilią, ale, że czas pokoju i pewnej pobłażliwości względem otaczających nas problemów - zacisnęłam własne kły i stwierdziłam: przetrwam...
na małych karteczkach, na których od początku stanu "bezinternetowego" notowałam rzeczy, które muszę zrobić, jak tylko powróci sieć, mnożyły się pomysły na artykuły. była wena jednym słowem.
teraz jej brak.
po świętach w pełnej glorii zatelefonowano do mnie, że niedługo sieć będzie znów dostępna. pomijając problemy techniczne, jakoś przed sylwestrem słowom tym stało się zadość.
swojego zmęczenia tą sytuacją jednak nie zapomnę.
jak wspomniałam, nie jestem osobą, która komputera potrzebuje bardziej niż kawy porannej. niestety możliwość swobodnego sprawdzania dowolnej informacji o świecie w dowolnym czasie stała się nieodzwnym symbolem naszych czasów. o ile utrudnione jest komunikowanie się z ludźmi!
( bo doładowanie telefonu z internetu też jest łatwiejsze, niż godzinna wyprawa do najbliższego miasteczka po to samo...).
od stycznia faktury za opłaty telefoniczne przychodzą do mnie mailowo - super, oszczędność...ale przy braku internetu - problem...
studia? stają się niemożliwością:
- zapisy na zajęcia
- zapisy na egzaminy
- kontakty z nauczającymi
- rejestracje
- dokumenty
- prace zaliczeniowe ...wszystko to, bez internetu jest nie do ogarnięcia...
należę do szczęśliwców, którzy nie muszą nakładać na siebie na siłę takich ograniczeń jak czas spędzany w sieci, czy sposób korzystania z tego. dysponuję własnym laptopem, co jest niewiarygodnie wygodne.
tak, chciałabym kiedyś pracować za pośrednictwem sieci, ale na razie...na razie dosadnie uświadomiłam sobie, jak trudne jest życie dla osób, które niestety nie miały tyle szczęścia co ja i do tej pory funkcjonują bez internetu.
mam na myśli przede wszystkim osoby młode, które chcą się rozwijać, uczyć i być obecnymi ( także w gronie swoich przyjaciół, którzy niewątpliwie w większości "żyją w sieci"), ale nie mogą w pełni się zsocjalizować i chcąc - nie chcąc zostają zepchnięci na margines.
cieszę się, że moi Przyjaciele są przede wszystkim stworami z krwi i kości, których mogę odwiedzać kiedy zapragnę i tak jak ja - wolą kontakt twarzą w twarz bardziej od najbarwniejszych kolaży wspólnych zdjęć i wywnętrzania się pod "słitfociami"...
Syrenko, ach Syrenko, czekam dnia, kiedy i Ty sprowadzisz się w nasze ukochane, malownicze krainy :)
a tymczasem - chłeptajmy z tego internetu ile się da!
..gdyby nie on pewnie zajeżdżano by dla nas właśnie kolejnego konia, niosącego długaśne listy :)
a tak - jeden koń w przyrodzie więcej :)
Amen.
Odcięto mnie na miesiąc od internetu i choć nie należę do osób, które korzystają z portali społecznościowych ( mam profil tylko na jednym i korzystam z niego tylko, kiedy muszę pobrać pewne dane), nie jestem programistą, czy człowiekiem, który w ogóle uważa komputer za cel wszelkiego istnienia, o tyle dało się zauważyć ogromne problemy, nawet w najprostszych jak się później okazało kwestiach...
Zaskoczyło mnie to i zmartwiło, bo okazuje się, że nawet osoba tak jak ja - po macoszemu traktująca zdobycze techniki - może żałośnie zawyć, kiedy ogranicza się jej dostęp do niektórych...podstawowych niestety źródeł informacji.
Dzień 1 -3 spoko. Mam czas poczytać książki, które dawno odłożyłam, uczę się pilnie do sesji, przygotowuję projekty i prace zaliczeniowe. Praca przebiega w planowany sposób, choć w pracach zaliczeniowych mnóstwo luk - uzupełnię je za dzień czy dwa - eleganckie przypisy, dodatkowe informacje - nie będzie problemu - tymczasem odznaczamy tylko miejsca wybrakowane, co by do nich szybko powrócić gdy sieć wróci.
Dzień 4-5 zaniepokojenie i pierwsze telefony do operatora - zaczynają się opóźnienia, ale przecież to nie koniec świata - po mikołajkach wszystko powinno już być.
6 grudnia...jakie to szczęście, że wymarzone prezenty zamówiłam dawno temu...internetu brak, a tu niestety:
- brak dostępu do pieniędzy z konta internetowego na płatność podstawowych rachunków staje się...nidogodna
- zaczynam się martwić o terminowe złożenie prac zaliczeniowych
- kurcze...chętnie sprawdziłabym maila, bo może ktoś coś ode mnie chciał...w końcu to mój podstawowy sposób komunikowania się ze światem
- tydzień bez posta na blogu...przepraszam Syrenko!! nadrobię...wszystko nadrobię, z resztą - tydzień poślizgu chyba można wybaczyć?
7-12 grudnia - zbliża się przerwa świąteczna, a ja:
- nie zapłaciłam rachunków
- nie mogę skontaktować się z profesorami w nurtujących mnie problemach
- nie wiem, czy dotarł do mnie oczekiwany przelew
- nie mogę kupić potrzebnych mi tuszy do drukarki
- nie wysłałam jeszcze prac zaliczeniowych
- prace są niedokończone
- nie mam skąd ściągnąć niezbędnych mi materiałów naukowych
- nie mogę sprawdzić dostępności książek w bibliotece
- dalej brak postów ode mnie
do tego drobiazgi w stylu dostępu do moich ulubionych serwisów informacyjnych i kilka aukcji też chciałam doglądnąć, ale cóż...życie ;/
od 13 grudnia rozpoczęła się seria telefonów z mojej strony do operatora, bo nie doczekałam się żadnej informacji, a jeśli już jakieś dostawałam, to były sprzeczne z wcześniejszymi
zaczynam też poszukiwania nowego operatora, bo jakość usługi obecnego zaczyna być co najmniej niedorzeczna...a nich to! że też pierwszym pomysłem było poszukanie dobrego operatora w internecie ;/
14 grudnia - internetu brak - cała reszta problemów - jak wyżej, tylko BARDZIEJ irytująca.
trzeba to skończyć: zmolestowany chłopak poddaje się i oddaje w moje niecne szpony swój internet " Najlepszy w całej wsi"....om nom nom nom nom....czuję się jak przy ciepłym obiedzie po wielu godzinach przymierania głodem na wykładzie...bossssko....a szybkosć internetu jest jak ten cudowny zapach kawy po obiadku wypitej...
Mój Chłopak jest super....i ma internet bijacz ;]
ale problem się nie rozwiązał...
17 grudnia - wizyta znajomych obsługujących sieć radiową w okolicy - niestety, okazuje się, że podłączenie jest niemożliwe, bo przekaźnik nie podoła przeszkodom terenowym...trzeba więc czekać na "podpięcie druta"
informacyjny chaos u popularnego operatora trwa nadal
w międzyczasie moja umowa jak się okazało została anulowana (?!) i nikt nie miał zamiaru mnie o tym poinformować...pomyślałam, że pewnie wysłali zawiadomienie mailem i dlatego nic o tym nie wiedziałam...
na szczęście nie było to prawdą, więc granicy absurdu nie osiągnięto, ale...nie poinformowano mnie, cóż...
piątek...21 grudnia...sprawy internetowe załatwione, choć dostępność informacji ze świata w ilości mi odpowiadającej ( i jakości, którą preferuję), nadal żadna. właśnie zjawili się "bogowie sieci", czyli technicy internetowi...popatrzyli, popukali i stwierdzili, że nic nie mogą poradzić i trzeba czekać a w ogóle to niepotrzebnie przyjeżdżali...
dobrze, że nie nawiedził mnie słynny bożonarodzeniowy duch, bo komuś wybiłabym ząbki przed Wigilią, ale, że czas pokoju i pewnej pobłażliwości względem otaczających nas problemów - zacisnęłam własne kły i stwierdziłam: przetrwam...
na małych karteczkach, na których od początku stanu "bezinternetowego" notowałam rzeczy, które muszę zrobić, jak tylko powróci sieć, mnożyły się pomysły na artykuły. była wena jednym słowem.
teraz jej brak.
po świętach w pełnej glorii zatelefonowano do mnie, że niedługo sieć będzie znów dostępna. pomijając problemy techniczne, jakoś przed sylwestrem słowom tym stało się zadość.
swojego zmęczenia tą sytuacją jednak nie zapomnę.
jak wspomniałam, nie jestem osobą, która komputera potrzebuje bardziej niż kawy porannej. niestety możliwość swobodnego sprawdzania dowolnej informacji o świecie w dowolnym czasie stała się nieodzwnym symbolem naszych czasów. o ile utrudnione jest komunikowanie się z ludźmi!
( bo doładowanie telefonu z internetu też jest łatwiejsze, niż godzinna wyprawa do najbliższego miasteczka po to samo...).
od stycznia faktury za opłaty telefoniczne przychodzą do mnie mailowo - super, oszczędność...ale przy braku internetu - problem...
studia? stają się niemożliwością:
- zapisy na zajęcia
- zapisy na egzaminy
- kontakty z nauczającymi
- rejestracje
- dokumenty
- prace zaliczeniowe ...wszystko to, bez internetu jest nie do ogarnięcia...
należę do szczęśliwców, którzy nie muszą nakładać na siebie na siłę takich ograniczeń jak czas spędzany w sieci, czy sposób korzystania z tego. dysponuję własnym laptopem, co jest niewiarygodnie wygodne.
tak, chciałabym kiedyś pracować za pośrednictwem sieci, ale na razie...na razie dosadnie uświadomiłam sobie, jak trudne jest życie dla osób, które niestety nie miały tyle szczęścia co ja i do tej pory funkcjonują bez internetu.
mam na myśli przede wszystkim osoby młode, które chcą się rozwijać, uczyć i być obecnymi ( także w gronie swoich przyjaciół, którzy niewątpliwie w większości "żyją w sieci"), ale nie mogą w pełni się zsocjalizować i chcąc - nie chcąc zostają zepchnięci na margines.
cieszę się, że moi Przyjaciele są przede wszystkim stworami z krwi i kości, których mogę odwiedzać kiedy zapragnę i tak jak ja - wolą kontakt twarzą w twarz bardziej od najbarwniejszych kolaży wspólnych zdjęć i wywnętrzania się pod "słitfociami"...
Syrenko, ach Syrenko, czekam dnia, kiedy i Ty sprowadzisz się w nasze ukochane, malownicze krainy :)
a tymczasem - chłeptajmy z tego internetu ile się da!
..gdyby nie on pewnie zajeżdżano by dla nas właśnie kolejnego konia, niosącego długaśne listy :)
a tak - jeden koń w przyrodzie więcej :)
Amen.
Testujemy kosmetyki - krem do rąk z dolnej półki
NATURA CARE
KREM DO RĄK
łagodzący
glicerynowo - aloesowy
Wspominałam już o moim faworycie, oto on ;D Jedyny krem na rynku, który wchłania się błyskawicznie :)
INFORMACJA Z OPAKOWANIA:
Dzięki zawartości Aloe Vera łagodzi podrażnienia. Doskonale nawilża, osłania i regeneruje skórę rąk narażoną na działanie detergentów w środkach myjących i piorących.
1. Konsystencja:
Przypomina mleczko, bardzo lekka. Wchłania się w skórę jakąś minutę od aplikacji.
2. Zapach:
Krem jest dostępny w 4 wariantach:
- aloes (mój ulubiony ;] zapach jest bardzo delikatny, "niedrażniący"),
- rumianek (owszem, bardzo rumiankowy - jak dla mnie wersja najmniej przyjemna zapachowo),
- cytryna (o ile uwielbiam zapach cytrusów w kosmetykach, tak ten jest zbyt "chemiczny", ale do zniesienia),
- oliwka (nigdy nie próbowałam - nauczyłam się w końcu, że moja skóra nie toleruje kremów oliwkowych).
3. Wydajność:
Kremik jest lekki i "rzadki", nie potrzeba go wiele, by ukoić ręce ;)
4. Opakowanie:
Tubka :( Ale jak na jeden z dwóch mankamentów produktu to mogę wybaczyć ;)
5. Czy produkt jest wart swojej ceny?
I to najlepsza część ;) 100 ml za niecałe 2 zł ;D
Kremik produkowany jest przez "Scan-Anida". Nie mam bladego pojęcia co to za firma.
Drugim i ostatnim mankamentem jest jego dostępność - do nabycia tylko i wyłącznie w Drogeriach Natura.
Ale raz na jakiś czas można tam się pofatygować po kilka tubek ;]
Polecam :D
piątek, 4 stycznia 2013
Świętowanie się skończyło, można wrócić do normalności ;)
Jak to jest, że każde święta poprzedzone są wieloma dniami przygotowań i ogromną dawką stresu? Minęły już prawie dwa tygodnie, a ze mnie dopiero teraz "schodzą" te wszystkie emocje i wydarzenia. I na prawdę, miałam zerowe chęci do czegokolwiek. No, może kilka razy skłaniałam się ku wyłączeniu telefonu i udawaniu, że nie istnieję...
Ale! Wróciłam już do życia ;) A może zwyczajnie znudziło mi się już izolowanie od wszystkiego i oglądanie anime...? ;]
Smok ciągle ma problemy techniczne, ale jestem przekonana, że jak już do nas wrócić to nie opędzimy się od nowych newsów i ciekawych artykułów ;)
Z mojej strony będzie ciągle o kosmetykach ;) Może też trochę kulinarnie, ale uwaga - jestem już 4 tydzień na diecie ;D Tak, w pełni świadomie zaczęłam przed świętami ;D I nie, nie poległam w międzyczasie ;D
Wszystkim życzę wiele radości w Nowym Roku ;) Niech się darzy ;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)