czwartek, 29 listopada 2012

Ciasteczka owsiane



Żeby nie było. Dietetycznie też potrafię ;)

Składniki:

- 1 szklanka płatków owsianych,
- 1 szklanka otrębów pszennych,
- 1 jajko,
- 1 szklanka soku jabłkowego,
- 1/4 szklanki oleju,
- 1 łyżeczka proszku do pieczenia,
- 4 łyżeczki cynamonu,
- 2 łyżki miodu.


Blachę do pieczenia wykładamy papierem (w przepisie jest olej, który dodajemy bezpośrednio do masy na ciasteczka. Także bez obaw, że ciastka przykleją się do papieru). 
Wszystkie składniki łączymy ze sobą. Do masy można dodać oczywiście wszystko: orzechy, suszone owoce, migdały. Ja najczęściej dorzucam żurawinę.
Masy można nie słodzić. W przepisie, który dostałam nie było żadnych dosładzaczy. Ale jak robiłam je po raz pierwszy, aż się prosiło o odrobinę miodu. To pewnie przez ten aromat cynamonu i jabłek ;)

Za pomocą łyżki układamy masę na blasze w postaci cieniutkich placuszków. Pieczemy około 25 minut w temperaturze 200 stopni.

Z podanych proporcji wychodzi jedna blacha ciastek.

środa, 28 listopada 2012

Materiały promocyjne - firmowe drobiazgi dla klientów

Nie raz i nie dziesięć, ale wiele więcej: jesteśmy zarzucani drobiazgami promocyjnymi, które teoretycznie mają nam przybliżyć nową markę, produkt, czy firmę usługową. Pomagając ostatnio w rozpisaniu pewnego biznes planu długo zastanawiałam się nad kwestiami promocji.

z jednej strony, to najważniejsza rzecz dla potencjalnej firmy: znaleźć klienta na swe usługi czy produkty. Z drugiej: nie można przesadzić, a szkoda też wydawać pieniądze na coś, co się...nie ma prawa udać...

Przeglądałam więc kolejne miejsca i przypominałam sobie sytuacje, w których sama byłam tym potencjalnym klientem i próbowano mi włożyć do rąk...no właśnie: różne dziwne przedmioty, które mają mnie przekonać do czyichś usług, bądź mile zapisać się w mej pamięci...czy skutecznie?

Tania promocja działalności gospodarczej - czy zawsze skuteczna i pożądana?

1. ulotki - coś, czego często unikamy nawet a daleka - obchodząc szerokim łukiem. skuteczne? chyba tylko wtedy, kiedy wpadają do rąk osobie, która zastanawia się od dłuższego czasu nad zakupem / nauką języka obcego, czy pożyczką...najczęściej jednak jest to dość uciążliwa forma promocji: tak dla wręczających, jak i odbierających ulotki. stosy pogniecionych zazwyczaj wypełniają najbliższy kosz na śmieci - znacie to? jeden raz spotkałam się z ulotką, którą zachowałam ze względu na jej wartość artystyczną. do tej pory służy mi jako zakładka...reszta jednak pozostaje w pamięci jako zlepek rozmaitych kolorów i pojedynczych liter. nic więcej.

2. coś, co lubi większość z nas - cukierki, krówki - w firmowym papierze. kolejna popularna, często spotykana na rozmaitych targach, czy w niektórych sklepach forma promocji. odrobina słodkości skryta w papierku, który niejednokrotnie odruchowo chowamy do kieszeni -skutecznie przemycony adres i nazwa firmy pozwala jednocześnie zahaczyć w naszej pamięci bardzo miłe skojarzenie ze słodkim smakiem łakoci. jak najbardziej popieram :)
dla zainteresowanych, a także tytułem wątków ślubno - weselnych, które tutaj ciągniemy -  na łakociach można także umieścić zdjęcie młodych i  wręczać gościom na pamiątkę. bardzo łatwo znaleźć firmy oferujące produkcję takich słodkości - m.in. poprzez Allegro :)


3. długopisy z firmowym nadrukiem - niejednokrotnie spotykana i wybitnie praktyczna forma promocji - długopisowi kleptomani są wszędzie, bo każdy pamięta, że zawsze to przecież "może się przydać"; kolekcjonerstwo podobnych długopisów także kwitnie, więc popieramy wszystkimi kończynami!

4. przyklejane potworki na wielkich łapkach - dawno nie widziałam, ale swego czasu bardzo popularne: małe puchate kuleczki przyklejone do wielkich samoprzylepnych stóp, dwoje krzywych oczu i mały język - na ogonku nazwa firmy - jedna z moich ulubionych form promocji z czasów dzieciństwa - nie miałam pojęcia o co chodziło, ale puchata naklejka dłuuugo plątała się po domu: rodzice strzeżcie się promocji kierowanych do Was podprogowo poprzez Wasze pociechy!

5. breloki - kolejny klasyk reklamowy, chociaż nieco bardziej kosztochłonny niż wcześniej wymienione, jedna z rzeczy, które niegdyś należały do popularnych, współcześnie wyparte jak się zdaje przez...

6. smycz na klucze - w formie dowolnej: tańsza w produkcji alternatywa dla breloczków - kolorowa, mieści więcej tekstu promocyjnego i bardzo uniwersalna w zastosowaniu; czy skutecznie promuje? ilość promocyjnych smyczy, jakie swego czasu wypuszczano na rynek spowodowała, że jak zwykle skorzystali przede wszystkim pierwsi producenci reklamujący się w ten sposób, u mnie w domu smutny stosik nigdy nie wykorzystanych sznureczków nadal rośnie - choć już nieco wolniej. smyczom więc dziękujemy!

poza wymienionymi istnieje mnóstwo innych rzeczy, które mogą zachęcać do skorzystania z usług firmy: a to kalendarzyki propagandowe, czy ekstraklasa wśród materiałów promocyjnych: t-shirty i kubeczki.

nic nigdy nie wprawiło mnie w zdziwienie równie mocno jak promocyjne...wieszaki na ubrania. pamiętam, że firma oferująca je nie miała nic wspólnego - ani z tekstyliami, ani z wyrobem wieszaków sensu stricte...ale zaskoczyć klienta i dać mu do myślenia - to przecież też sposób...

i już zaczynają przychodzić na myśl głupie pomysły: bo i jaki ciekawy gadżet promocyjny mogłaby proponować ot...np. masarnia...albo...zakład pogrzebowy..?


Smoku!

Gadżety, gadżetami... Ale nie wspomniałaś o klasyce: zwykle wizytówki ;) W odpowiedniej szacie graficznej też mogą skutecznie przykuwać uwagę, jak chociażby ta ulotka, której używasz jako zakładki ;) A jest zdecydowanie pojemniejsza, jeżeli chodzi o zasób informacji. Także obok tych praktycznych długopisów z nadrukowaną nazwą firmy i numerem kontaktowym, niech leżą jeszcze ładne, kolorowe karteczki.

Odnosząc się do Twojej ostatniej "głupiej"myśli... Co do zakładu pogrzebowego miałam jeden pomysł, ale wydaje mi się, że był co najmniej niesmaczny. Zresztą, taki typ instytucji raczej nie powinien szukać promocji w gadżetach. Szeroko pojęta opinia publiczna nie przyjęłaby tego dobrze. I słusznie! Co do masarni... cóż... Pamiętasz takie zabawki do samochodu, kotki lub pieski, którym ruszały się głowy na każdym wyboju? Wyobraziłam sobie coś takiego w postaci świnki. Bez komentarza proszę...

poniedziałek, 26 listopada 2012

Testujemy kosmetyki - krem do twarzy


GARNIER SKIN NATURALS
Czysta Skóra

Krem nawilżający
Długotrwały efekt matujący


INFORMACJE Z OPAKOWANIA

Krem nawilżający "Długotrwały efekt matujący" Garnier Czysta Skóra jest przeznaczony do skóry mieszanej lub tłustej, która się błyszczy. Jego formuła z glinką, cynkiem i czynnikiem antybakteryjnym matuje skórę, pochłania i reguluje nadmiar sebum. Twoja skóra na długo pozostaje czysta, matowa i dobrze nawilżona, bez efektu tłustości.


Uwielbiam ten krem! I chociaż jestem już dobre 25+ nie zamierzam z niego rezygnować. Jak mi się kończy tubka to zaczynam eksperymentować z innymi kremami (z różnym skutkiem - wykańczam je bardzo szybko albo oddaje siostrze) a potem znowu wracam do Garnierka ;)

1. Konsystencja:
Nie jest to gęsty krem. Przypomina trochę mleczko (dobrze zagęszczone mleczko) dzięki czemu szybciutko się wchłania. Efekt nawilżenia jest natychmiastowy, a delikatna "tłusta" powłoczka momentalnie znika.

2. Zapach:
Bardzo delikatny, najwyraźniej odczuwalna jest nuta "ogórka".

3. Wydajność:
Nawet, nawet ;) Przez nieco rzadszą konsystencję wystarcza na kilka miesięcy (nie wiem jakby to wyglądało przy używaniu kremu dwa razy dziennie - ja stosuje go tylko rano).

4. Opakowanie:
Zwykła tubka. Drobny minus za brak jakiegoś "higienicznego" dozownika.

5. Czy produkt jest wart swojej ceny?
Tak. Jednak z tego co zauważyłam cena produktu może wahać nawet o 10 zł. Ostatnio dostaję ten krem za 14 zł, ale pamiętam, że dawałam za niego nawet 26 zł. I nie jest to kwestia ewentualnych promocji. Mam nadzieję, że aktualna cena już się nie zmieni :)

niedziela, 25 listopada 2012

Wariacje z mięskiem mielonym

 

Marchewka z groszkiem

 

 




Zawsze najłatwiej, najszybciej i najsmaczniej wychodzą mi dania z mięsem mielonym ;) Dzisiaj w wersji z marchewką i groszkiem.


Składniki:

- duża cebula,
- 3 ząbki czosnku (ja strasznie czosnkowa jestem, i zapewne w większości moich przepisów ten czosnek się pojawi ;) tak tylko zaznaczam, że uwielbiam i daje prawie wszędzie, także jak ktoś jest absolutne na "nie" to zwyczajnie ten składnik proszę pomijać ;D),
- pół kilo mięsa mielonego,
- pokrojone pomidory w puszce,
- mały koncentrat pomidorowy,
- marchewka z groszkiem (używam już gotowych ze słoika. Jasne, że można kupić oddzielnie groszek w puszce i surową marchewkę, ale z tym jest więcej roboty - marchew trzeba oporządzić i podgotować, albo dłużej wszystko trzymać na patelni, ale po co tak właściwie? Taniej i szybciej można skorzystać ze sklepowego gotowca),
- przyprawy: pieprz, papryka słodka  i ostra, suszona natka pietruszki (tak właściwie wszystko na co ma się ochotę i co komu pasuje - jak mam ochotę na ostro to dodaję tabasco).

Cebulkę drobno kroimy i podsmażamy. Gdy się zeszkli dodajemy mięsko mielone i trzymamy na patelni, aż straci krwisty kolorek. Podlewamy odrobinką wody, przyprawiamy, dodajemy posiekany czosnek (proszę mi nie profanować czosnku praską!) i pomidory z puszki (pomidory też oczywiście możemy sami sobie przygotować. Tylko trzeba je najpierw sparzyć, obrać ze skórki i pokroić - ja idę na łatwiznę, kupuje gotowe). Całość mieszamy i trzymamy na małym ogniu pod przykryciem. Od czasu do czasu mieszamy, jak zaczyna przywierać do patelni to podlewamy wodą, kiedy sosik wydaje się za rzadki to nie przykrywamy patelni tylko odparowujemy. Na końcu dodajemy odcedzoną marchewkę z groszkiem i przecier pomidorowy, który ładnie nam całość zagęści i ostatecznie połączy składniki sosu.

Mi najbardziej smakuje z makaronem ;)

Sosu wychodzi na 6 porcji. U nas to co zostaje najczęściej ląduje w tortilli i kolejny obiadek gotowy ;) Resztę zużywamy do chleba.



sobota, 24 listopada 2012

Testujemy kosmetyki - kremy do rąk

Regenerujący krem do rąk "BeBeauty - HANDS EXPERT!V"






INFORMACJE Z OPAKOWANIA

Intensywnie regenerujący krem do rąk skutecznie odżywia, nawilża i chroni bardzo suchą skórę. Eliminuje uczucie szorstkości i dyskomfortu, poprawia elastyczność oraz zapewnia uczucie miękkości. Alantoina chroni przed wysuszeniem i działaniem szkodliwych czynników zewnętrznych. Regularnie stosowany łagodzi i pomaga odbudować zniszczoną skórę dłoni.



Tak, to marka Biedronki, a kremik nabyłam z czystego lenistwa ;) Mam już wybrany "ideał" spośród kremów do rąk, ale tak strasznie mi się nie chciało po niego jechać. A Biedronkę mam pod nosem, żywię się na niej nagminnie, a czasem skuszę się na jakiś kosmetyk. W ten oto sposób nabyłam kremik do rąk i aż się prosi o komentarz.

1. Konsystencja:
Krem jest gęsty, żadna woda z niego nie ucieka. Ale nie wchłania się dobrze. Jako krem na noc jest rewelacyjny. Używając go w ciągu dnia przez dłuższy czas nie mogę się do niczego dotknąć a i tak nadmiar usuwam chusteczką.

2. Zapach:
No i tutaj jest właśnie największa niespodzianka. Ja znam ten zapach! Używałam już tego kremu, jestem pewna na 100 %. Jednak pod tą marką zakupiłam go po raz pierwszy, więc? Na opakowaniu przy nazwie producenta, możemy przeczytać jedynie, że produkt został wyprodukowany w Unii Europejskiej. A mi to pachnie... Garnierem.

3. Wydajność:
Niewielka ilość wystarczy na obie ręce.

4. Opakowanie:
No tubka, oczywiście! A tubki są oszukańcze, nie da się wykorzystać kosmetyku do końca. Człowiek widzi, że coś tam jeszcze jest, ale nie mogąc się do tego dobrać - wyrzuca i kupuje kolejny krem.

5. Czy produkt jest wart swojej ceny?
Jak najbardziej :) 125 ml za niecałe 4 zł. ;)

Największym minusem (i chyba jedynym) jest czas, w którym się kremik wchłania. To zdecydowanie za długo, jeśli mamy "pełne ręce roboty".

środa, 21 listopada 2012

Zamienniki, czy oryginały? Czym poić drukarkę?

Pierwsze urządzenie wielofunkcyjne nabyłam już dawno temu. Od tamtej pory jedyną słuszną drogą jej eksploatacji stały się zamienniki.
Nie chodziło tylko o cenę - sprawdzając wielokrotnie tusze oryginalne i porównując je z zamiennikami stwierdzam, że do użytku domowego i nieprofesjonalnego nie ma najmniejszego znaczenia rodzaj tonera.
 Nie tylko nie miewałam problemów z eksploatacją urządzeń - nie psuły się  ani nie buntowały pod wpływem  zamienników, ale wykazywały większą wydajność, niż oryginalne produkty.

Czy to tylko moje szczęście?
Niekoniecznie.

Pozostaję wierna jednej marce - Epson - i okazuje się to fantastycznym rozwiązaniem.

Nie tylko cena zamienników odpowiednich do niektórych modelów są minimalne, ale sam sprzęt okazuje się być wytrzymały i długowieczny.
Cena modelu SX215 to niecałe 200 złotych.

Komplet zamienników to ok. 12zł.

Co ciekawe, jeden toner wystarczy na zadrukowanie prawie całej ryzy papieru tekstem bez obrazków.

Przy niemal codziennym użytku, Epson działa u mnie już prawie 2 lata. W czasie, kiedy sąsiedzi żegnali kolejne sprzęty, Epsonek służył mnie i im - na wszelkie konieczne sposoby. Nawet okazjonalnie drukowane zdjęcia dawały zadowalający efekt.

Osoby drukujące okazjonalnie lubią stawiać na oryginalne tusze. Jakość? Podtrzymanie gwarancji?
Jeśli chodzi o gwarancje na sprzęt - bezsprzecznie stwierdzam, że przy takiej ilości druku, jaką ja przepuszczam przez maszynę Epsona, bardzo szybko zwracają mi się koszty eksploatacji.

Krótko mówiąc - bardziej opłaca się kupić nową maszynę wielofunkcyjną, aniżeli  kupować oryginalne tusze.

Co więc wybrać?

Każdy decyduje sam. Nie mam jednak wątpliwości, że przy niezauważalnej różnicy w jakości druku i intensywnym użytkowaniu, warto postawić na zamienniki.





wtorek, 20 listopada 2012

Muzyka wynagradza wszystko?

Też tak macie, że niektóre filmy jesteście w stanie do oglądać do końca, tylko i wyłącznie z tego względu, że nie możecie oderwać ucha od ścieżki dźwiękowej?

Film kiepski, fabula marna, gra aktorska leży i kwiczy, a ja siedzę i daję się ponieść muzyce. Gladiatora tak przesiedziałam... Film nawet dobry nie powiem, ale coś mi w nim nie pasowało. Może byłam za mała na takie arcydzieła?

Samą słabość do muzyki filmowej odkryłam już jakiś czas temu. Mianowicie oglądając filmową wersję mojej ukochanej bajki (ale ukochanej tylko w oryginalnej wersji językowej, polski dubbing strasznie mnie zniechęcił) The Last Airbender. Do końca filmu wytrwałam tylko i wyłącznie dzięki muzyce. Na prawdę, tak cienkiego filmu nie widziałam już dawno! Ale James Newton Howard zrobił coś niesamowitego, z miejsca poczułam, że tego pragnę, chcę mieć i nie odpuszczę! No i przyznaję się bez bicia, sprawdzam przy jakich filmach współpracował i oglądam (a raczej słucham) namiętnie ;D Chociażby z tego roku: Igrzyska śmierci lub Królewna Śnieżka i Łowca.

poniedziałek, 19 listopada 2012

Słodkie kociaki 24/7

W świecie obrazów i upraszczania znaczeń coraz większą popularnością cieszą się serwisy "odmóżdżające" - krótki podpis plus zdjęcie mogą załatwić wiele.

Ciekawą alternatywą są kamerki montowane z różnych miejscach umożliwiające obserwację transmisji 24 godziny na dobę, 7 w dni w tygodniu.

O ile tego typu livestreamy np. z hodowli kurcząt, czy obserwowanie pleśniejącego sera ( nie ma śmiechu - taki podgląd naprawdę istnieje!) zupełnie mnie nie interesują, o tyle baraszkująca w kącie zabaw kocia rodzinka może podbić wiele serc...a wystarczy patrzeć :)

The Spice Kittens on Livestream!

http://new.livestream.com/accounts/398160/events/1594566


Smoku!

No i mam z głowy dzisiejsze sprzątanie! ;P
Masz może namiar na jakieś psiaki albo jeżyki?

Tak ostatnio doszłam do wniosku, że chcę mieć jeża. Tak, wiem.... w Polsce jest to nielegalne, jeże pod ochroną itp itd. Ale! Istnieje coś takiego jak jeż pigmejski... :D

Takie marzenia delikatne mam. Dopóki mieszkam w bloku żadnych zwierzaków nie będzie... Szkoda by mi było trzymać jakiegoś kociaka czy chociażby jorka. Co te biedne stworzenie by robiło, jak każde z właścicieli zniknie na cały dzień w robocie. O frustracji sąsiadów nie wspominając (te wszystkie zawodzenia i miałki).

A jeż? Jest właściwie bezgłośny, prawda? ;D

No nie...chyba jednak kłamie. Przecież jeże tuptają!

sobota, 17 listopada 2012

Okuribito” – czyli ostatnie pożegnania po japońsku


Młody wirtuoz gry na wiolonczeli traci pracę. Poszukując nowej trafia na ofertę „pomocy przy podróżach”. Jak się jednak okazuje – także w ogłoszeniach o pracę trafiają się błędy…

Biura podróży zwyczajowo nie są wypełnione trumnami. Japońskie nie różnią się w tym względzie od europejskich.
Kiedy nasz główny bohater trafia pod adres podany w ogłoszeniu nie jest przygotowany na cokolwiek, co ma go spotkać: oto zamiast pomocy przy podróżach, oferta pracy dotyczy pomocy w tradycyjnym, japońskim domu pogrzebowym.
Pełen sprzecznych uczuć decyduje się spróbować swych sił w tej pracy. Skrywając przed swoją żoną prawdę, powoli zagłębia się w świecie rytuałów i tytułowych pożegnań. Początkowo czując strach i niemoc w obliczu śmierci, stopniowo zaczyna odkrywać rzeczywistą rolę, jaką pełni w tytułowych  pożegnaniach.

Japońskie kino bardzo często kojarzy nam się z produkcjami kina akcji, niejednokrotnie spod znaku fantastyki. Artystyczne zagłębie jakim jest Japonia pozwala jednak z łatwością odnaleźć równie wiele filmów, których istotą jest plastyczność przekazu bardzo konkretnych emocji, klimatu. Posługując się językiem obrazu i dźwięku, filmy japońskie dają nam – ludziom zachodu – wejrzeć w inspirujący i tajemniczy świat współczesnego orientu.
„Okuribito” to jedna z najpopularniejszych – choć wciąż nie dość rozpoznawalna – produkcja ostatnich lat, która prowadzi nas z głównym bohaterem poprzez kolejne etapy jego nauki jako mistrza tradycyjnej ceremonii pogrzebowej.
Temat bardzo interesujący, bo wprowadzający nas w świat jednej z najbardziej intymnych sytuacji życiowych, a jednocześnie pociągających z racji swojej niedopowiedzianej natury. Klimat, klimat, klimat… tak można jednym słowem określić ten film, który stawiając nam przed oczami bardzo trudny temat, nie zadręcza nas ciężarem żałoby epatującej z każdego ujęcia, ale pokazuje najróżniejsze aspekty przejścia od życia do śmierci. Naszego bohatera spotykają  niejednokrotnie sytuacje komiczne, rozładowujące nagromadzone w widzu emocje, ale i trudne, związane przede wszystkim z niemożnością odcięcia się od pracy nawet po jej zakończeniu. Zaczynającego go prześladować „memento Mori” powoduje, że konieczne jest poszukiwanie ujścia dla emocji (tak jego, jak i widza).
Parabola, którą w ten sposób zataczamy – wracając do motywu muzyki – daje wytchnienie i nie pozwala melancholijnego nastroju sprowadzić do smutku.


Japońskie kino ma w Polsce swoją stałą widownię, ale też często jest idealnym materiałem „eksperymentalnym” dla tych, którzy chcą poznać coś nowego i zupełnie świeżego dla człowieka z zachodu. „Okuribito” jest w tym przypadku filmem, którego nie da się z pamięci wymazać – pozostaje w myślach długo po obejrzeniu i pozwala z przyjemnością do siebie powracać.

Puenta całości, to fakt, że "Okuribito" zgarnęło Oscara za najlepszy film nieanglojęzyczny.  Niestety, dla wielu film ten pozostał nieznanym, tak jak i projekcje z drugiej z moich ulubionych kategorii Oscarowych - krótki film animowany...ale to już zupełnie inna historia.

piątek, 16 listopada 2012

Biurokratyczne strony zamążpójścia

Mówi się o wielkim, wspaniałym dniu. Takim, o którym marzą szczególnie dziewczynki. O bajkowej uroczystości, jakże wzniosłej i wzruszającej. Wszyscy będą wystrojeni, lekko onieśmieleni i zniecierpliwieni oczekiwaniem na piękną parę młodą. A w parze młodej najbardziej olśniewającym elementem jest ona. Ta właśnie dziewczynka, która niemalże od pieluch ma już dokładnie zaplanowany swój wielki dzień. Dzień, w którym jakiś nieszczęśnik odetchnie w końcu z ulgą: ten koszmar nareszcie się kończy. Koszmar planowania, kłótni, różnicy zdań, łez (zazwyczaj jej) i moment, w którym dociera znaczenie słowa teściowa.

No, ale tak jest zazwyczaj. Całość kończy się happy endem, kiedy głowni zainteresowani udają się na honey moon. I nic poza suknią księżniczki, orkiestrą, menu i liczbą gości, nie ma większego znaczenia.
A co się dzieje w przypadku ślubu, że tak powiem, mniej bajkowego?
To, na szczęście, mogę opisać na własnym przykładzie ;)

Trochę mało tradycyjnie, ale jakby nie patrzeć podsumowanie marzeń i wyobrażeń Tego Dnia naszej dwójki, umożliwiła nam przeskoczenie etapu wszelkich kłótni i łez. Ślub skromny, cywilny, z najbliższą rodziną. W rezultacie wszyscy strasznie zadowoleni, że to wyglądało tak, a nie inaczej.

A kiedy było już po, zaczęły się schody. Ale tylko dla mnie, tej jakże szczęśliwej młodej mężatki.

Kwestia numer jeden - przemeldowanie się. Sprawa dla nas oczywista - skoro mój małżonek jest właścicielem mieszkania, po ślubie melduje żonę u siebie. Taa.... moja mama przeżyła chyba najgorszy zawód w życiu. Jak ja śmiałam się wymeldować, no jak?! Ale nie o tym miało być... Okazuje się, że zanim gdzieś się zamelduję muszę mieć papierek, że już się wymeldowałam z domu rodzinnego. Inaczej zameldować mnie na nowym miejscu nie mogą.... To była moja pierwsza podróż poślubna, z powrotem do rodziców, żeby się wymeldować (upoważniając kogokolwiek z rodziny musiałabym na ten papierek czekać chyba z miesiąc, łatwiej było pofatygować się samemu).

Kwestia numer dwa - wyrobienie nowego dowodu (oczywiście po uprzednim zameldowaniu się na nowym mieszkaniu). Właściwie bezstresowo, dodatkowy suprajs - dowody są bezpłatne ;D Kosztowało mnie to zrobienie zdjęcia oraz podróż z miejsca zamieszkania do miejsca zameldowania.

Miesiąc bezczynności. Niby stary dowód jest ważny do momentu odebrania nowego, ale innych dokumentów na akt małżeński nie zmienisz. Czyli cały miesiąc w zawieszeniu, niby nic nie powstrzymuje człowieka od działania, ale jakimś tam konflikt tożsamości przeżyłam....

Po miesiącu znowu trzeba pokonać trochę kilometrów, by załatwiać sprawy dalej.  No to dowód odebrany, skarbówka załatwiona, w ZUSie zostałam potraktowana tak, jak się spodziewałam... Na tym się właściwie skończyły sprawunki, w nowym mieście zameldowania. Mogłam wrócić do Warszawy i... załatwiać sprawy dalej.

Bo  przecież został już tylko bank, karta miejska, wszystkie biblioteki i jeszcze kilka pomniejszych rzeczy, na których widniej moje stare nazwisko.

Małżeństwo popełniłam pod koniec września i jestem na etapie aktualizowania danych w banku. To tak prawie jakby koniec, więc dlaczego mam serdecznie dosyć całokształtu? Ba, wręcz dochodzę do wniosku, że konkubinat wcale nie był taki zły.... ;)

Reasumując: cieszę się strasznie mocno, że żadne z nas nie marzyło o wielkim weselu. Gdybym porwała się na planowanie tak zwanego ślubu księżniczki, odechciałoby mi się wszystkiego jeszcze przed sakramentalnym "tak". I szczerze współczuje tym wszystkim szczęśliwym istotom, które po powrocie z miodowego miesiąca, ledwo odpocząwszy od wcześniejszych załatwień, mają nowe załatwienia. I tak właściwie są to sprawy, których nie można odłożyć "na później".

środa, 14 listopada 2012

"Bezlitosny Ocean" - listopad z Bearem Gryllsem

Macho-survivalowiec, czy zwykły facet, który spełnia swoje marzenia? Po lekturze książki "Bezlitosny ocean" nie mam wątpliwości, że jej autor to nie bezrozumny szaleniec, ale niezwykły człowiek, dokonujący wielkich rzeczy mimo przeciwności.


Twarz Beara Gryllsa kojarzyła mi się zawsze z wizerunkiem jednej ze sztandarowych postaci Discovery, która prowadząc po kolejnych miejscach nietkniętych przez cywilizację, ukazuje je z perspektywy rozbitka.

Pogodny i inteligentny prezenter zyskał dużą popularność, jednak nim stał się tym, kim jest dziś, wielokrotnie stawał twarzą w twarz z zagrożeniami, które nie były wyreżyserowane. Jego dążenie do przełamywania kolejnych barier swojej wytrzymałości, jak i pragnienie przygody były pobudzane od najmłodszych lat, kiedy jeszcze jako dziecko uczestniczył w wielu wyprawach wspinaczkowych oraz żeglarskich. Ojciec - największy autorytet dla Beara - uczył go cierpliwości i wytrwałości oraz zaszczepił w nim pragnienie poznawania świata w najpiękniejszy możliwy sposób - poprzez osobisty kontakt z cudami stworzenia.

Edukacja wojskowa, jaką podjął Bear, była kolejnym milowym krokiem do przyszłych przedsięwzięć. Sprzyjała ona nie tylko nawiązaniu ważnych znajomości, ale także ukształtowała jego charakter, zmysł organizacyjny, uporządkowała priorytety życiowe i pozwoliła na podjęcie pierwszych poważnych wyzwań podróżniczo-survivalowych, których ukoronowaniem było zdobycie Everestu.

Dla osoby, która przed ukończeniem 25. roku życia osiąga tak wiele - staje na dachu świata - niemożliwym jest się zatrzymać, mówiąc "teraz zacznę spokojne, ustatkowane życie". Przygoda, która się rozpoczęła miała trwać nadal, konieczna była jednak nowa odsłona.
 
Tak rozpoczyna się historia, która opowiedziana przez Beara Gryllsa nabiera niesamowitego wyrazu. Oto człowiek rzuca wyzwanie przyrodzie - po raz setny, tysięczny... i ma nadzieję, że i tym razem okaże się ona łaskawa.

Opowieść o pokonaniu Atlantyku i oceanu Arktycznego w otwartej łodzi nie jest historią łatwą. Napędzani marzeniem o dokonaniu czegoś wyjątkowego, przyszli członkowie załogi Beara stają naprzeciw kolejnym trudnym wyzwaniom - od prozaicznych spraw związanych z pozyskaniem funduszy na wyprawę (a należy przypomnieć, że kiedy była ona organizowana niewielu jeszcze słyszało o Gryllsie, stąd też sponsorzy wcale nie palili się do współuczestniczenia w jego wysiłkach), przygotowaniem koniecznych sprzętów, zaprojektowaniem łodzi od podstaw, organizacją zaplecza wyprawy, aż do stawienia czoła problemom rodzinnej codzienności, która także nie oszczędzała naszych bohaterów.

Trzymałam w rękach skończoną książkę, więc wiedziałam, że całość przygody musiała się dobrze zakończyć. Nie mogłam jednak nie poddać się atmosferze opowieści, która od groteskowych, radosnych momentów momentalnie przechodziła w pełen dramatu thriller. Klasyka opowieści marynistycznych powoli odchodzi w zapomnienie. Zmieniają się kanony lektur, dlatego poza nieszczęsnym "Robinsonem Kruzoe", niewiele opowieści spod znaku siedmiu mórz możemy poznać w szkole.

wtorek, 13 listopada 2012

Pierścionek z diamentem - czy potrzeba fortuny?





Kobiety kochają diamenty?

Nie wiem...może?

Wracamy do starego tematu uwznioślania pewnych wartości i przedmiotów dlatego, że od zawsze wydawały się ludziom szczególne, wyjątkowe a ponadto nieosiągalne i rzadkie.

Nie inaczej było z diamentami, a historie o tym, jakim wysiłkiem je nieraz zdobywano mogą mrozić krew w żyłach.

Nawiązując do wątków ślubnych, zaręczynowych i temu podobnych - nasi kochani mężczyźni są czasami niedoceniani, a często tez wystawiani na okrutne męki, kiedy to ich wybranka diamentu żąda...Nie chodzi tu o rzucanie wprost: "Kup mi diamenta!, ale o pewne subtelniejsze zabiegi ( Ciocia dobra rada radzi: Jak nie mówisz swojemu mężczyźnie o co chodzi, to on nie wie o co chodzi!), mające na celu - ot chociażby zmuszenie go do oświadczyn.

Temat samych pierścionków zaręczynowych zostawiamy sobie jednak na zupełnie inny dzień, a dziś będzie o pieniądzach.
Tylko i wyłącznie.

Słyszałam historie o kobietach, które wprost uświadamiały swych mężczyzn co do minimalnej ceny zaręczynowego precjoza ( "w końcu musi znać moją wartość"). Drogie Panie - skoro chcecie się dać kupować, polecam rozszerzyć biznes na większą ilość Panów - wiadomo - zwielokrotnione zyski zawsze modne.

Ale nie zawsze tak jest. Czasem pierścionek - nawet plastikowy - może znaczyć dużo, dużo więcej...

Kiedy jednak nasi drodzy Panowie pragną dopełnić pewnych tradycyjnych formalności zaczynają biegać po sklepach łapiąc się za portfele i karty kredytowe, żeby nasza wybranka dostała jednak prawdziwy pierścionek z diamentem.
Klasyczna złota obręcz z lśniącym drobiazgiem w centralnym punkcie. A niech kobieta się ucieszy...

I zaczynają się zera...dużo zer...dużo - za dużo tych zer.

Czy więc koniecznie trzeba płacić krocie za taki symboliczny drobiazg?
Naturalnie nie.
Oczywiście ma to swoje plusy i minusy, ale o nich za chwilkę.

Pytanie podstawowe brzmi: ile zatem musi kosztować pierścionek z prawdziwym ( naturalnym) diamentem?
Odpowiedź: możemy się zmieścić w 100 złotych.

Jakim cudem?! - zapytasz

Policzmy:
1ct - czyli zwyczajny karat jest oznaczeniem masy naszego kamienia
Kiedy decydujemy się na zakup u jubilera otrzymamy dokładną informację na ten temat: cena 1ct czystego diamentu, wyszlifowanego i bez skaz może wynosić ok. 15.000 - 16.000 zł.

Jakość kamienia można liczyć w wielu parametrach - te idealne bryłki będą zatem kosztowały więcej niż większość samochodów z polskich dróg...ale diament to diament...nie musi być idealny...

Tu warto zaznaczyć, że kupując u jubilera zawsze otrzymamy kamień wysokiej jakości, certyfikowany. Cena kamienia jest też jedyna istotną rzeczą tam liczoną, dlatego nie znajdziemy nigdzie srebrnych pierścionków z diamentem - cena kruszcu jest bowiem marginalna w stosunku do ceny diamentu, więc "nie opłaca się" robić takich wyrobów.

Jak więc obniżyć cenę całości?

Postawić na srebro - obrączki srebrne są stosunkowo tanie, a ich wzornictwo często daleko w tyle pozostawia te złote, a diament kupić minimalny:

0,01ct ( czyli kamyk wielkości ok 1 mm) - bez certyfikatu i o jubilerskiej atrakcyjności mniejszej od zera...ale...diament.

Dla wielu tego typu podejście do całości to zwyczajne oszukiwanie się (choć ciągle mówimy o kamieniu naturalnym).
Dla wielu, uprawnionym będzie porównanie do kupowania seryjnie produkowanych aut sportowych ( na własne oczy widziałam Porshe za 4000zł - nie, nie zgubiłam zera; czy też wyrobów wielkich domów mody oferowanych w sieciówkach. Niby oryginalne, ale nie w taki sposób, by było się z czym obnosić.

Pierścionek z diamentem. Nieważne jakim. Małym, czy dużym.
Jest i pozostanie pierścionkiem z diamentem.

Biorąc pod uwagę, że nie myślimy tu o inwestowaniu w kruszec a o zadośćuczynienie pewnej konwencji - może to być dla wielu jedyna szansa by stać się posiadaczem nieśmiertelnego kamienia.

Podobnie może się mieć sprawa z zabiegami z pogranicza życia i śmierci - wszystkim znana jest historia przerobienia na diamenty włosów Violetty Villas. Choć uzyskane diamenty syntetyczne nie mogą mieć wartości liczonej w sposób właściwy dla diamentów naturalnych, to przecież zupełnie nie o to tu chodziło...











Zima bez choróbska? To możliwe!

Teoretycznie wszyscy zdajmy sobie sprawę z tego, że okres jesienno - zimowy sprzyja wszelkim katarom, gorączkom i innym nieprzyjemnościom. Wiemy też, że powinniśmy w tym czasie dbać o siebie bardziej, nieco inaczej ubierać się i jeść.

Ameryki nie odkryłam, to pewne! Ale postanowiłam zebrać w jedno miejsce kilka przydatnych rad ;)

W kwestii jedzenia - doprawiamy wszystko na ostro! Bakterie bardzo tego nie lubią ;) Tak więc robimy zapas przypraw: ostrej papryki, chili, pieprzu cayenne, tabasco i innych wypalających cudowności. Potrawy obiadowe radzę potraktować większą ilością czosnku i cebuli. Rosołki robić na prawdziwym mięsie, a nie kostce rosołowej. Ziemniaki częściej zmieniać kaszami (szczególnie gryczaną i jaglaną). Na śniadanie zjeść coś, co rozgrzewa (owsiankę lub talerz zupy, generalnie ważne żeby wlać w sobie coś ciepłego przed wyjściem do pracy!).

W kwestii ubioru - na przysłowiową cebulkę ;) To, że rozpoczyna się kalendarzowa zima, nie oznacza wcale, że będzie strasznie zimno. Możemy przegrzać organizm, spocić się niesympatycznie... Takich sytuacji lepiej unikać, zdecydowanie nie wyjdą nam na zdrowie.

Nie zaszkodzi również sięgnąć po kilka suplementów. Warto zainwestować w multiwitaminę w pastylkach musujących, a nie w tabletkach. Szybciej się  wchłaniają do organizmu, tym samym od razu trafiając tam gdzie trzeba ;) Pamiętajmy o tym, że jak w tabletce (teoretyzuję) jest 50 różnych witaminek, to i tak wchłonie nam się może 1/3 z tego. Większość witamin potrzebuje czegoś, co pozwoli im pozostać w organizmie, na przykład tłuszczy. W innym wypadku bardzo szybko sobie wylecą z moczem lub innym porem w skórze ;)
No i tran! Tran zawsze warto włączyć do swojej diety od października do marca.

Tak więc, pozostańmy zdrowi ;)

poniedziałek, 12 listopada 2012

Krótko i na temat - Czym może być patriotyzm?

Ochłonęłam już nieco z wczorajszych patriotycznych uniesień.

Nie chodziło o nic wiele. Kilka flag rozrzuconych po całym mieście - co najmniej, jakby wszyscy pogubili flagi, które na Euro2012  zdobiły każdy wolny kawałek przestrzeni.

Punk kulminacyjny dnia?
Msza Święta, a po niej zdecydowanie: oglądanie Tarnowskiej Nocy Kabaretowej.

Po tym, jak całość zakończyła się wzięłam głęboki oddech.

Jestem pełna szacunku dla Ludzi, którzy skomponowali widowisko, które z jednej strony było standardowym wyśmiewaniem słabości, z jakimi spotykamy się na co dzień, a z drugiej genialnym  połączeniem tradycji kabaretu przedwojennego i współczesnego, odnoszącego się nie tylko do aspektu oswajania rzeczywistości przez śmiech, ale także spojrzenia na nią z zupełnie innej perspektywy.


Najlepszym tego przykładem był dla mnie występ Marcina Wójcika w przeróbce piosenki "Cała sala śpiewa z nami", który dotykał niezwykle trudnej tematyki w sposób, który od początku wydawał mi się...nadużyciem?
Nie wiem jak odebrali ten moment ludzi biorący udział w tamtych wydarzeniach, ale balansując na granicy dobrego smaku; artyzmu i kiczu; prowokacji i głębokiego przekazu, artyści Listopadowej Nocy Kabaretowej wybronili się w pełni i udowodnili, że nie ma jedynego słusznego oglądu świata, a patriotyzm można przeżywać także przed telewizorem.

Z pompatycznej akademii, upamiętnienie 11. listopada  przetransformowano w wieczór pamięci i refleksji - pełnej radości i dumy z tego, że jesteśmy razem - nie tylko dlatego, że lubimy kabarety.


niedziela, 11 listopada 2012

Idiotoodporne roślinki - Rosiczki

Termin "idiotoodporność" w dzisiejszym świecie zaczyna być jednym z najważniejszy wyznaczników tego, czy producent decyduje się na sprzedaż czy nie.
Czasem nie musi sobie tego uświadamiać, a czasem jest to pierwsza  rzecz, jaką powinien wziąć pod uwagę - szczególnie, jeśli chce zawojować rynek Amerykański i nie zostać zrujnowanym na odszkodowaniach dla ludzi, którzy "nie mieli napisane na instrukcji, że do mikrofalówki nie mogą włożyć kota do wyszuszenia i przez błąd producenta kot dziś nie żyje"...

Tyle tytułem wstępu - o czym zaś dzisiaj: o roślinkach, które są idealne dla ludzi ciekawych świata, ale czasem zbyt zajętych owym światem i zapominających o przetrzymywanych u siebie cudach natury.

Rosiczki to jedne z najpiękniejszych roślin, które można by zachwalać w reklamie jako "interaktywne". Znaczyć by to miało, ni mniej ni więcej, tylko tyle, że rosiczki należą do roślin owadożernych i kiedy zwabią już do siebie potencjalną ofiarę, ta wpierw przykleja się do "kropelek rosy"a potem jest oplatana przez listeczki i trawiona.

Obok muchołówek, rosiczki są obecnie najpopularniejszymi roślinkami owadożernymi dostępnymi w sklepach stacjonarnych i internetowych.

Na czym polega jej idiotoodporność? Na dobrą sprawę wystarczy raz na jakiś czas ją podlać i zapewnić możliwie wysoki poziom wilgotności. Roślinka chętnie skorzysta z dobrodziejstwa, jakim jest nalewanie wody na spodeczek, a nie bezpośrednio do doniczki.

Roślinka od czasu do czasu kwitnie, wysuwając długi pęd zakończony "gronem" białych lub różowych kwiatów. Nie wydzielają one wyczuwalnego zapachu.
Kiedy wilgotnośc powietrza wzrasta, roślinka w przepiekny sposób wyperla się - na każdym z liści pojawiają się śliczne bladoróżowe kropelki, służące zwabieniu owadów.

Rosiczka okazała się znakomitym partnerem w kuchni - chętnie pomagała pozbyć się owocówek, które szczególnie w lecie próbowały zawładnąć owocami na przetwory.

Poza tym, gdy much brak w okresie jezienno - zimowym, roślinka przestawia się na normalne fotosyntezowanie, więc jeśli raz na jakiś czas damy jej łyka wody - nieprędko padnie.



Smoku?

A nie czuć od nich padlinką? ;)

Robimy biszkopciki ;D

Zupełnie przypadkowo i bez żadnych wcześniejszych marzeń natknęłam się na ten przepis. I wydał mi się tak niewiarygodnie dziwny, że aż godny wypróbowania ;D

Składniki:
- 2 jajka,
- 3 łyżki cukru
- 2 łyżki mąki

Najpierw ubijamy białka z cukrem na sztywną pianę. Dodajemy najpierw jedno żółtko (ciągle ubijamy) potem drugie. Mąkę należy przesiać do masy i delikatnie zamieszać.

Blachę do pieczenia smarujemy jakimś tłuszczem. Biszkopty formujemy przy pomocy małej łyżeczki, nakładając masę w sporych odstępach od siebie. My tak nie zrobiliśmy i biszkopty nam się połączyły ;)

Piec przez 15 minut w temperaturze 150 stopni.

I?

Heh, nam się nie udały. Wszystko przywarło do blachy na mur. Następnym razem spróbujemy biszkopty ułożyć na papierze i piec je jakoś wyżej (mamy piekarnik gazowy).

Ale to już może nie dzisiaj...



sobota, 10 listopada 2012

"Merida waleczna"

Nie ukrywam, że na wszelkie bajkowe nowości jestem pierwsza w kolejce :) Tak samo było z Meridą. Już samo przedstawienie jej postaci, czyli dziewczyny z bujnymi, rudymi lokami - niesamowicie poprawił mi nastrój w drodze do pracy. Taka prawda, byłam zachwycona od pierwszego bilbordu. Zostało mi jedynie grzecznie czekać na premierę kinową. A po niej? Nastąpił wysyp recenzji, zdecydowanie niestandardowych.

Mianowicie głos zabrały feministki.

W jednej chwili Merida z sympatycznej dziewczyny, która miała przed sobą jakąś przygodę, stała się symbolem obrony praw kobiet - nawet w świecie bajkowej krainy. Pojawiły się głosy, że to pierwsza postać, która nie jest księżniczką skazaną na ratunek przez księcia. Wręcz przeciwnie. Bierze los we własne ręce i udowadnia, sobie, matce i całemu światu, że kobieta może i potrafi!

A ja? Od pierwszych chwil byłam nastawiona na bajkę, która może mi się spodobać lub nie, wydać się interesującą lub oklepaną, zabawną lub irytującą. Niestety po przeczytaniu tych wszystkich feministycznych wywodów, straciłam ochotę na wyprawę do kina. Upłynęło jednak trochę czasu i pojawiła się okazja na obejrzenie tego fenomenu.

Jestem niemalże pewna na 100%, że gdybym nie dobrała się wcześniej do tych wszystkich recenzji, przeoczyłabym ten aspekt produkcji. I zapewne nie wiedziałabym, że Merida jest pierwszą feministką w bajkowym świecie.


piątek, 9 listopada 2012

Wspomnienia dawnych lat..."Allo, allo" !!

Jakiś czas temu stwierdziłam, że internet jest już tak zasobny, że z powodzeniem odnajdę w nim wspomnienie lat swojego dzieciństwa, między innymi ukochane "Allo, Allo".

Niewiele jeszcze wtedy rozumiałam, a kiedy patrzę na to dziś - cieszy mnie równie bardzo (choć oczywiście inne rzeczy mnie bawią a niektóre wątki nareszcie rozumiem :)), a poza tym daje ciekawe spojrzenie na rzeczy, które przychodzi nam oglądać dzisiaj.

Oto mała francuska kawiarenka i jej właściciel - żonaty, acz ze skłonnością do pewnej uroczej kelnerki. Zawierucha wojenna i ogólne problemy związane z ruchem oporu i oprawcą, a pośród tego wszystkiego: nasz Rene, który zaplątany we wszystkie wątki naraz stara się nie wydać nikogo, a jednocześnie ze wszystkimi kooperować.

Niesamowite zwroty akcji i koncepcje na akcję, powodują, że i dziś serial ogląda się z ogromną przyjemnością.

Nie ma naciąganych dialogów - tylko wartka i ogromnie zaplątana akcja, z której nasz bohater stara się wyjść z twarzą i życiem.
Jasne charaktery głównych bohaterów, a jednocześnie istotna rola, jaką wielu z nich ma do odegrania w całej historii, powoduje, że szybko przyjmujemy ich w komplecie i pozwalamy uwieść się atmosferze kawiarenki, wokół której toczy się znaczna część opowieści.

Anglicy, grający Francuzów, którzy nie rozumieją ani słowa z tego co mówią Angielscy lotnicy - komizm w czystej postaci, mnogie żarty sytuacyjne i ogromne oddanie, z jakim aktorzy wcielali się w swoje role - po prostu idąc na całość!

Za jakiś czas zapewne znów wrócę do tego serialu. Był lekki i przyjemny, a jednocześnie oryginalny i w klimacie, którego większość znanych nam, współczesnych produkcji mogłaby pozazdrościć.
Produkcja trwała od roku 1982 do 1992. Duch serialu i jego absolutna "kultowość" spowodowały, że w 2007 roku nakręcono dodatkowy odcinek - z udziałem publiczności i w luźnej atmosferze wspominano stare dowcipy i kawiarenkę, od której wszystko się zaczęło.

Wspaniały serial, mówię Panu, bo... bo wie Pan...takich już nie robią...


czwartek, 8 listopada 2012

O horrorze wybierania, czyli dlaczego nie zostanę zakupoholiczką

Jesień.

Większość dziewoi cieszy się, że oto nadszedł upragniony czas wymiany garderoby, nowy płaszczyk, trencz, buty solidniejsze, buty eleganckie, szpilki jesienne -  dobrane kolorystycznie, z ciekawym wykończeniem, botki i grzyb wie co tam jeszcze kobieta chce mieć na jesień.

A ja zaczynam cierpieć.

A najbardziej wtedy, kiedy muszę kupić buty...

Dlaczego?

Bo zamiast zrobić jak kobieta: iść i kupić cokolwiek, (byle kupić, a potem się zastanawiać, czy potrzebuję czegoś innego - zazwyczaj tak, ciekawszego - zazwyczaj tak, pasującego - bo przypadkiem kupiłam to co mi się podobało, a nijak ma się do moich stóp...)ja się najpierw zastanawiam i...nic dobrego z tego czasem nie wynika.

Nie wiem, skąd mi się to wzięło, ale kiedyś zorientowałam się, że na zakupy idę...w ostateczności i tylko wtedy, kiedy wszystkie znaki na niebie i ziemii wskazują na to, że nie tylko TO JEST DZIEŃ KUPOWANIA BUTÓW, ale mam dobre biorytmy, horoskopy, korzystny układ planet, gwiazd, sprzyjającą fazę księżyca i pomyślne fusy w herbacie.
Czyli generalnie - nie chcę, ale muszę, bo coś się rozpadło.

Niecierpię zmieniać swojego najbliższego otoczenia, a nowa para butów się w to wlicza - bo nowe, nieznane i jeszcze nie chcę się angażować, a tu już pasowałoby się z nimi związać i wiadomo...
no generalnie strach przed nieznanym butem jest.

Ale jak trza to trza...

I tak zaczął się mój horror, który trwa już drugi miesiąc.

Oto Smoczyca postanowiła sobie kupić botki...

I najpierw pojawiła się w głowie ogólna idea buta: ot takiego co to stopę zakryje co najmniej powyżej kostki i będzie miał podeszwę.
Dobra, co my dalej od tego buta chcemy?

Niech będzie na obcasie - byle nie za cienkim - nie chcę gubić fleków pomiędzy kostką brukową i wywracać się na popękanych i krzywych pływach chodnikowych...

Po trzecie: ma być czarny.

Kolejny wymóg - możliwie ciepły i taki, co to mu przemoczenie za szybko nie będzie groziło.

Po piąte - niech mi pasuje na stopę, ale niezbyt ściska palce - odmrożenia sprzed kilku sezonów już się odezwały i niestety tak już będzie co roku.

Do tego cena - niech mnie nie zrujnują, a jeśli mają kosztować więcej - niech mam gwarancję, że za rok i za dwa nadal będą zdatne do użytku.

Na tym zakończyłam proces planowania zakupu. Wiedziałam więc ogólnie czego szukam i jak nie próbowałam kombinować, za każdym razem sugestia podświadomości była jedna: kup sobie kobieto glany na szerokim koturnie.
I muszę przyznać, że z radością bym sobie właśnie takie sprawiła, bo to buty niezawodne, wygodne, a do tego niewątpliwie wielosezonowe.
Poszperałam na różnych witrynach, upragnionego towaru jednak próżno szukać.
Odpowiednie mogłyby być jakieś butki Demonii, niestety wybór na polskim rynku mały, a wyprzedawane na Allegro buciki są zazwyczaj wariacjami na temat czółenek lub wysokich kozaków.

Nie o to chodziło, więc z tej ścieżki trzeba było zawrócić i skierować się - no niestety - do sklepu.

Pierwszą opcją okazało się CCC.

Pierwszy model, na który zwróciłam uwagę okazał się niestety zbyt miękki w dotyku i za bardzo trampkowaty. Odrzuciłam bez mierzenia.

Drugi model - interesujący ze względu na wykończenie - niestety w wybranych przeze mnie dwóch oddziałach sklepu był albo niedostępny w kolorze czarnym, albo brakowało mojego rozmiaru.
Nie wybrałam niczego innego, bo na jednej firmie świat się nie kończy.

Druga opcja: Wojas.

Wiedząc, że markę tą otacza aura nieśmiertelności buta, postanowiłam spróbować szansy u nich. Byłaby to chyba jedyna lokalizacja, w której zdolna byłabym zostawić więcej niż 250zł.
Pomiędzy półeczkami rozmaitych ekscesów sztuki szewskiej (ach te buty z kolcami...Alexander McQueen się kłania...a przecież nie tak dawno oglądałam program, w którym wszyscy narzekali na to, że jako firmy tracą niestety klientów właśnie przez to, że nie jest zakazane naśladownictwo i inspirowanie się pomysłami Większych i Ważniejszych...) znalazłam ciekawą parę butów.

Czółenka na wyższym obcasie, pokryte dookoła miękkim materiałem. Do tego fajne paseczki elegancko zdobiące całość i kryształek Svarovskiego (?). Bo co mi to świecidełko na bucie? Nie mam pojęcia. Biorąc pod uwagę mój awers do rzeczy skrzących się z daleka, te buty nie wzbudziły mojej niechęci.
Mimo całej swej atrakcyjności i pełni wygody, okazały się niestety nie tym czego szukałam.

Do mojej listy wymagań dodałam więc kolejny punkt: but musi cholewką przylegać do nogi - nie interesują mnie więc buciki stylizowane na szmaciane buciki elfów z bajek. Potrzebuję bucików sznurowanych, z wąską cholewką.

I tak przyszła pora, by powrócić do domu i znów przeszukać Internet. W końcu dotarła do butów firmy Bruno Banani, które wydawały się...niemal idealne.
Paseczki, ciekawe wykończenia, wzmocnione wokół pięty, nieco wyższe, wiązane. Odrobina niepokoju związana jest z szerokością obcasa i jego wysokością
Największy problem leży jednak gdzie indziej.
Tych bucików nie można zmierzyć i trzeba podjąć ryzyko tradycyjnie wkalkulowane z zakupy internetowe.

I tak oto kolejny dzień zastanawiam się, a stópki cieszą się z towarzystwa starych, dobrych butów sportowych i wygodnych glanków. :)

Jeszcze nie nadszedł TEN dzień, więc czekajcie buciki spokojnie...znajdę Was...





Uroki podróżowania PKP

Tak jakoś od lipca miałam wątpliwą przyjemność podróżowania polską koleją. Jak łatwo się domyślić od tego czasu nazbierało mi się wrażeń, którymi czuję potrzebę podzielenia się z innymi.

Na temat przeróżnych kombinacji PKP można napisać oddzielną epopeję. Te wszystkie zamieszania przy rozkładach, zawieszanie fajnych połączeń z dnia na dzień, opóźnienia pociagów i inne niewybaczalne wtopy są już niejako wpisane w świadomość pasażerów. Pod tym względem jesteśmy nastawieni, że coś tam na dworcu może się wydarzyć i cokolwiek by się nie działo - nie jesteśmy zaskoczeni.

Co jest jednak najgorsze w transporcie publicznym? Przede wszystkim to, że jest publiczny! Czyli nieograniczenie dostępny dla innych ludzi, przez których to właśnie podróż staje się nieznośna. Nie będą to śmieszne warunki jakie zdaje się ofiarować kolej, syfne kibelki w wagonach, ani stare tory, które uniemożliwiają szybkie przemieszczanie się, ale  właśnie ludzie. Ludzie, którzy są bezczelni, chamscy, egoistycznie lub tez bardzo zwyczajnie - głupi.

Ostatnia podróż z Warszawy do Krakowa i z powrotem minęła mi w towarzystwie ludzi spoconych, którym jest zimno, więc okna nie uchylisz. Z niechęcią stwierdzam, że do tego już jakoś przywykłam. Ludzie nie dość, że się nie myją, to jeszcze wylewają na siebie tonę perfum. Ale to już inne historie. Nie mogę się jednak pogodzić ze żłopaniem piwska, w ciasnym i zamkniętym przedziale. Godzina 11 i już można usłyszeć charakterystyczny odgłos otwieranej puszki. Makabra! I jedź z takim człowiekiem przez kilka godzin! Siedzi rozwalony na dwóch miejscach, przejść obok niego się nie da, wydziela zapachy stęchłopotne i jeszcze potrafi na ciebie nawarczeć, że coś się nie podoba.

Inną przypadłością doprowadzającą mnie do rozpaczy jest zawiązywanie rozmowy. Ok, rozumiem, że ktoś się może nudzić. Ale na to na prawdę jest prosta rada! Można sobie wypożyczyć książeczkę przed wyjazdem lub zwyczajnie zaopatrzyć się w kilka gazet. Nie trzeba przecież obarczać współpasażerów historiami z dzieciństwa lub dramatami rodzinnymi.
Albo sytuacje nieco odmienne. Wałkowanie swoich prywatnych przeżyć z koleżanką przez telefon... Chcesz z kimś porozmawiać? To wyjdź z przedziału!

Co się stało z tak zwaną kultura podróży? Dlaczego większość ludzi nie potrafi zachować się właściwie podróżując transportem publicznym?

środa, 7 listopada 2012

Wymarzone bibeloty - kominki zapachowe

Jak  świat światem - od wieków ludzie stosowali aromaterapię - czy to dla przyjemności, czy ze względów leczniczych, czy zupełnie innych, o którym tylko szamanom było wiadomo.

Kadzidła najrozmaitsze nie tylko różniły się zapachem, ale były też rozmaicie wypalane - dorzucane do płomieni ognisk, prezentowane na wiechach, czy podobnie jak dziś - prezentowane w formie olejków eterycznych.

Największe kadzidło kościelne znajduje się w Hiszpanii, gdzie miało za zadanie przede wszystkim...zabić zapach utrudzonych pątników, którzy pokutowali od średniowiecza rezygnując z kąpieli jakichkolwiek...
Pamiętam też opowieść z lekcji historii, w czasie której zapoznaliśmy się z opisem konstrukcji francuskich, dworskich fryzur - w których poza mnóstwem pcheł i innych zwierząt (np. klatek z kanarkami) umieszczano rozmaite ampułki zapachowe.
W starożytnym Egipcie podobnie traktowano włosy -  ile mnie pamięć nie myli - korzystając z woskowych, topiących się bryłek, które stopniowo uwalniały zapach.

A co możemy dziś znaleźć w domowym zaciszu?

Mydło i powidło - od kadzidełek HEM - chyba najpopularniejszych u nas - poprzez rozmaite olejki i mieszanki zapachowe.

Często myśląc o fajnym upominku dla znajomych, właśnie na różne kominki zapachowe się decydowałam. Okolicznościowe malunki, ciekawe kształty itp, powodują, że nie tylko będą roztaczać piękną woń, ale także ucieszą oko.

Odkładane przez kolejne lata na półeczkę zebrały się u mnie już w większej ilości, a oto moje ulubione...


Kominek Anielski - prezent świąteczny. Choć na początku wydał mi się niemożliwie kiczowaty, po zapaleniu okazał się piękny.  Tradycyjnie - podświetlany  małą świeczką - ogrzewaczem.







Kominek ze smokiem - bardzo efektowny i stylowy - kosztował niecałe 15zł.
Idealny na olejki zapachowe.






Smoku! 

Wstyd się przyznać, ale wszelkie kadzidła funkcjonują u mnie tylko i wyłącznie ze względów praktycznych. Szczególnie latem, gdzie na każdym parapecie fajczą się zapaszki lawendowo - waniliowe. Ale w ten sposób mam spokój z komarami i innymi pomniejszymi owadami. Na koniki polne i ćmy nie działa, zawsze mi się pchają do mieszkania i jeszcze szukają mojego towarzystwa :/ 

Jeśli zaś chodzi o walory relaksująco - estetyczne to zdecydowanie preferuję świeczki. Jedne z lepszych poprawiaczy nastroju :)

wtorek, 6 listopada 2012

Koci punk widzenia

Z pamiętnika małomiasteczkowego Kocura:

Obudziłem się dziś i trzykrotnie przeciągnąłem. Poranna gimnastyka za mną. Moja pani jeszcze podsypiała, zmieniłem więc pozycję z horyzontalnej na siedzącą i delikatnie pacnąłem ją w wystającą kończynę.
- Nie żebym się o coś dopominał, ale najwyższa pora nakarmić swoje puszyste Szczęście i Ukochanego Lokatora.
Odwróciła się i pogłaskała mnie odruchowo zatapiając palce w moim futrze.
Zaspany wzrok mówił mi jedno: "jeszcze 5 minut!!".

Szybko przekalkulowałem i stwierdziłem, że mając nadal za mało centymetrów w obwodzie brzucha w zastraszającym tempie mogę utracić kolejne kalorie na bezowocnym domaganiu się pożywienia! Nie pozostawało więc nic innego, jak zamarkować nagłą potrzebę natury wydalniczej.
Jeden, cichy, acz zdecydowanie przeciągły pomruk zdarł nieszczęsną kobietę z łóżka i odruchowo poszurała do drzwi pokoju trzymając mnie na rękach.

- A teraz powoli, po schodach w dół i na prawo, prosto do pełnej miseczki. Wątróbka mile widziana. Witaj piękny świecie i takie tam...-pomyślałem.

Zapomniałem! Jak zapomnieć mogłem!! Kobiety ze swej natury prostolinijne zapominają, że zamarkowana potrzeba wyjścia na pole może wiązać się ( i należy to zawsze sprawdzić!!) z uprzednią potrzebą zapełnienia kociego brzuszka, bo inaczej kotu grozi:
- niedożywienie
- wyblaknięcie sierści
- głód
- wychłodzenie
- anemia
- wyłysienie
- depresja i niechybna śmierć głodowa w ciągu kilku minut od teraz.

Po co więc ryzykować?!

Kobieta zaś ująwszy mnie pod łapy zamiast skręcić w kierunku miseczki bezpardonowo otworzyła drzwi wejściowe i wyrzuciła mnie na zewnątrz zatrzaskując drzwi.

I co z tego, że jest 5. rano? Koty mają swoje potrzeby!!!

Nie czekając więc długo postanowiłem strzelić focha i oddaliłem się niespiesznie w z góry zaplanowane miejsce: na werandę sąsiada, dobrym zwyczajem osłoniętą od deszczu i zaopatrzoną w niezbędne dla kota miękkie fotele z dodatkowymi poduchami.
Panciunia jeszcze mnie popamięta, tymczasem trzeba nabrać sił, by wyglądać olśniewająco, gdy poruszona sumieniem wybiegnie za kilka chwil na zewnątrz, wykrzykując me imię i zalewając się rzewnymi łzami w dowód pokuty.

Po godzinie okazało się, że przeceniłem jej przywiązanie. Nie wybiegła i w całym swym kocim oburzeniu muszę zaznaczyć, że łzy nie uroniła.
Nie przeszkadzało mi to jednak spokojnie walczyć o przetrwanie znaną i sprawdzoną metodą: wyglądając puszysto.

Sąsiad - człowiek prawego serca i hojnej dłoni, ulitował się nade mną. Przy okazji rozrzucania posiłków swoim podopiecznym około godziny 6. uraczył i mnie drobiną smakowitej karmy.
Jego osobisty Puszek nigdy nie miał nic przeciwko stołowaniu się przy wspólnej misce, a ponieważ nie było go akurat w pobliżu - tym bardziej nie protestował. Gdyby nie chciał się dzielić, nie zostawiałby miski przed domem - proste, prawda?
Bez zbytecznych podziękowań oddaliłem się pospiesznie, by gospodarz nie ujrzał zawczasu pustej miski, a Puszek miał racjonalny powód, by dopomnieć się o dokładkę.

Szybko zająłem strategiczną pozycję na parapecie własnego domu i starałem się - na ile to tylko możliwie - wyglądać jak styrany, pełen zgorzknienia wobec złego świata, porzucony i niedożywiony przedstawiciel kociego rodu.
Okazji na dokładkę nigdy nie za wiele.

Jeśli więc spytacie mnie, jak to jest, że z natury dzikie stworzenie, którym jest kot dało się udomowić, powiem Wam wprost: nie dało!
Zmieniły się tylko sposoby walki o przetrwanie.

To co kiedyś musieliśmy wyszarpać przeciwnikowi wprost spod pazurów teraz zgarniamy w pocie czoła płaszcząc się na kanapach, mrucząc i obnosząc się z mięciutkim, nastroszonym futerkiem po całym domu.
Wszelki wysiłek w to włożony opłaca się i nie ma  na świecie obrazka równie pięknego, jak radość człowieka, który dzieli się z nami kęskami swego posiłku.  Wdzięczność ta płynie zaś prosto z jego serca i wynika z banalnego przecież faktu, że pozwoliliśmy się zaprosić do domu i przyjęliśmy na siebie jako koty odpowiedzialny obowiązek sprawowania władzy w domu jako jedyne słuszne ogniwo w teorii zapomnianej przez Darwina.



A czy Ty przejąłeś już władzę w swoim domu?

niedziela, 4 listopada 2012

W poszukiwaniu zapachu idealnego - Academia del Perfume

Już jakiś czas temu przekonałam się, że zapach może z powodzeniem zastąpić wykonywany wiele godzin makijaż i fryzurę. Jednocześnie zapach właśnie najlepiej zdefiniuje nas samych - niezależnie od ubioru.
Te same dwie dziewczyny - makijaż zerowy, obydwie ubrane w jeansy i kolorowe t-shirty będą zupełnie inaczej przez nas odbierane, gdy jedna będzie owiana kwaśną, cytrusową nutką zapachową, a druga tradycyjnym Chanel no5.

Łatwo więc załapać o co chodzi z zapachami. Panowie...macie łatwiej!
Nie tylko asortyment zapachowy dla mężczyzn jest bogatszy i trwalszy, ale przede wszystkim zróżnicowany!

Sama przebiegłam jakiś czas temu jedną z większych perfumerii i z przykrością musiałam stwierdzić, że zapachy dla kobiet są przede wszystkim słodkie i słodsze.
Nie tego szukałam, dlatego postanowiłam poszerzyć swoją wiedzę, nim ponownie zapuszczę się na poszukiwania. Cena perfum nie miała w tym przypadku znaczenia - nie nastawiałam się na zakup, ale na dokonanie zapachowego odkrycia, a w przyszłości zdobycia choćby próbki wymarzonego zapachu.

Perfumerie wielkie to dżungle. Biorąc pod uwagę, że na jednorazowej wycieczce warto przetestować nie więcej jak 3-4 zapachy, trzeba było przyjąć jakąś strategię działania.
Zacząć od rzeczy klasycznych i sprawdzonych przez wielu.

Tak też dotarłam do strony Academia del Perfume, która rok rocznie przyznaje cenne laury twórcom najlepszych perfum w kilku kategoriach.
Z przyjemnością przejrzałam listy zwycięskich damskich perfum w kategoriach popularnej i ekskluzywnej.
Pojawiły się więc pierwsze konkretne zapachy, które chciałam choć przelotnie poznać.

Klucz okazał się doskonały i bardzo szybko pozwolił wykluczyć kilka marek, a w kilku przypadkach zachęcić do dalszych poszukiwań.

Nie mam w sobie nutki zakupowego zwierzęcia, dlatego przy zupełnie okazyjnych wizytach w sklepach powoli odkrywałam kolejne wątki zapachowej historii. Pojawiały się też kolejne miniaturki perfum i faworyci w  wyścigu o tytuł "Mojego nr 1"!

Bardzo pozytywnie zaskoczyły mnie zupełnie oszałamiające i wyjątkowe zapachy marki Yves Rocher oraz kwiatowe, autorskie zapachy FM.
Nina Ricci okazała się wielkim przegranym, podobnie jak ekskluzywne do niedawna Chanel no 5, którym jestem przyduszana na dowolnych przystankach i przejściach dla pieszych w Krakowie.

Właśnie trwa kolejna edycja konkursu w Academia del Perfume, który staje się prestiżowym werdyktem i dorocznym podsumowaniem wysiłków Perfumerii zabiegających o klienta. Ekskluzywność samego tematu perfum, powoduje, że zawód kreatora zapachów wydaje się być zarezerwowany dla "pięknych i bogatych".
Tymczasem oferta, z którą mamy dziś do czynienia, powoduje, że każdy znajdzie już dla siebie coś idealnego.

Warto czasem niespiesznie przespacerować się wzdłuż wybranej półeczki i wziąć do ręki nieznane dotąd buteleczki. Kryją w sobie czasem odory okrutne, ale zdarzają się olśnienia i niesamowicie piękne symfonie zapachów.

Papierowe listeczki do testowania zapachów należy rzucić w kosz! Rozsądna kobieta testuje zapach bezpośrednio na skórze. Doskonale wiemy, że z każdą skórą, zapach wejdzie w inną reakcję i dlatego nie powinnyśmy się dziwić, że zapach pięknie okalający Psiapsiółę, na nas nie będzie już tak urokliwy, i na odwrót!

Po co nam zapachy?

Odpowiedzi może być tysiące, ale dla mnie jedna odpowiedź jest szczególnie ważna i uzasadnia wydanie większej ilości złotych na kilka mililitrów wybranego perfum...
Zapach jest tym bodźcem, który choć najbardziej ulotny, najlepiej utrwala nasze wspomnienia.

Jeśli w dzieciństwie miałaś kontakt z jakimś zapachem w przyjemnych okolicznościach, to nawet po latach przerwy, jeśli zapach ten powróci w przypadkowej sytuacji, momentalnie wrócą wszystkie dobre wspomnienia!

Warto mieć więc przy sobie kilka kropli wybranego zapachu, by w ważnej chwili utrwalić zapachem dowolną chwilę. Bardzo łatwo będzie ją później przywołać na nowo: otwierając ulubioną ampułkę z zapachem.

Drogie Panie, nie trzeba się też oszukiwać...w takiej "pamiątkowej fiolce" możemy z powodzeniem umieścić męski zapach...uśmiech na twarzy po jej otwarciu - gwarantowany!

piątek, 2 listopada 2012

Testujemy kosmetyki - o tym jak mydło mydłu nierówne

Mydło to mydło. Wodą i mydłem niejednego już umyto i skoro przez wiele dziesięcioleci po ulicach chadzały piękne kobiety, to znaczy, że niewielu mydło zabiło a i jako tako - także nie szkodziło urodzie.
Dzisiaj pośród milionów "zamienników" w postaci płynów wszelakich do mycia kolejnych wyspecjalizowanych części ciała, wydaje się, że tradycyjne mydło w kostce powinno zostać dawno zapomniane.

Tymczasem warto - nawet w świecie ultranowoczesnych i superodżywczych pianek / żelów / kremów / sprayów i innych toników zdać się czasem na działanie zwykłej kosteczki. Efekty mogą nas zaskoczyć!

Biały jeleń - tradycyjne, dobre, polskie szare mydło. Od pewnego czasu nie pachnie już tak charakterystycznie, jak kiedyś. Pozostaje bezzapachowe, ale działanie antybakteryjne znane już przez nasze babcie - pozostało.

Raz na jakiś czas właśnie opiece Białego Jelenia pozostawiam swoje ciało. Nie tylko przyjemnie oczyszcza twarz, ale co ważniejsze działa bakterio i grzybobójczo. Szczególnie w takich przejściowych okresach jak jesień / zima i  zima / wiosna warto raz czy dwa zrezygnować z mikroelementowych cudów technologii i wziąć najzwyklejszą w świecie kąpiel w szarym mydle. Dlaczego? Otóż okresy przejściowe mają to do siebie, Drogie Panie, że spada nam odporność i łatwiej możemy złapać np. grzybowego przyjaciela.
Wszelkiego rodzaju podrażnienia skóry, czy ranki także z radością przyjmą zwykłe szare mydło. Wysuszy ono także zaskórniki, a nie "zmorduje" skóry jak niektóre współczesne środki.

Wiem, że istnieją tacy, którzy absolutnie sprzeciwiają się rzeczom tanim.
Biały Jeleń "niestety" taki właśnie jest, ale warto pomyśleć o nim w takim przypadku jako o wyrobie "tradycyjnym, od lat stosowanym" - prawda że brzmi inaczej?

Prosta rzecz, a pomoże.

W swojej długiej drodze poszukiwacza kosmetyków na niedoskonałości skóry związane z jej tłustą naturą przeszłam także wspólną drogę z osławionymi mydełkami siarkowymi.
Nie wspominam jednak tych eksperymentów pozytywnie.
Podobnie jak borykająca się z podobnym problemem Przyjaciółka - ona sprawdzała na sobie osławione mydełko syryjskie- nie mogłam się po mydełkach siarkowych pozbierać ze swoją cerą. Dlaczego?
Dlatego, że po jego stosowaniu natychmiast wypryski na twarzy zaogniały się, a dodatkowe drobiazgi, drzemiące słodko pod skórą nie mogły się pomieścić w kolejce na powierzchnię. Kontynuowałam mycie twarzy mydełkiem siarkowym(jak i Psiapsióła syryjskim...) przez mniej więcej 2-3 tygodnie. Efekt? Brakowało za przeproszeniem miejsca na twarzy dla tych wszystkich syfków, które chciały się wydostać ( a nie wiadomo, gdzie tyle czasu się chowały!).

Drogie Panie - rada bezcenna na zawsze: choćby tysiące zadowolonych klientek popierało jakiś kosmetyk, to na tysiąc pierwszej może on nie zrobić żadnego wrażenia, albo wręcz jej zaszkodzi - nie ma reguły! Jeśli coś po pierwszym użyciu podrażnia skórę, albo w znaczący sposób pogarsza dotychczasowe przypadłości, to nikła jest szansa, że z danym kosmetykiem pójdziemy pod ramię do końca życia.

Konieczne są jednak eksperymenty i tu dochodzimy do ostatniego mydełka, które mnie zachwyciło i które na stałe zadomowiło się w mej łazience.

Mowa o pewnym polskim wynalazku uniwersyteckim - mydełku z cząsteczkami nanosrebra, które dostałam zupełnie przez przypadek.
Oczyszczająco kojące właściwości zaskoczyły mnie. Mając tendencję do otwierania się porów skóry twarzy z łatwością wszystko oczyściłam, a twarz nie "kurczyła mi się" od wysuszających mydełka właściwości. Twarz po kąpieli z tym mydełkiem prezentuje się bardzo ładnie i jest...gładko-delikatna ( nie mogłam znaleźć lepszego słowa). Podobnie jak mydło szare - to z cząsteczkami nanosrebra łączy w sobie właściwości bakterio i grzybobójcze, więc będzie idealnym zamiennikiem dla płynów do higieny intymnej.

Jak zwykle więc - polecamy eksperymenty!





czwartek, 1 listopada 2012

Droga na cmentarz i kilka przemyśleń



Może temat ciężki, jak na lifestylowego bloga, ale nie mogłam się powstrzymać, żeby nie zanotować tu dzisiaj kilku zdań "okolicznościowych".

Pospacerowałam dziś po okolicznych nekropoliach - poza okropnym wiatrem, muszę przyznać, że bardzo mi się spodoało. Nie chodzi tylko o to, że "jesteśmy tacy gotyccy i chodzimy nocą po cmentarzach", ale o to, że jak na małą miejscowość przystało, zdarzają się piękne stare grobowce i pomniki, poza tym niewielu ludzi w starszej części cmentarza ( ale 99% miejsc odświeżonych, uprzątniętych i delikatnie oświetlonych...), więc jest...klimat.

Dużo przyjemnych, melancholijnych przemyśleń, ale też przypomniały mi się trzy drobiazgi - zasłyszane, niepotwierdzone, albo niezrozumiałe jak dla mnie, a z obrzędami pogrzebowymi związane.

Po pierwsze:

szukałam informacji na temat zwyczaju chowania zmarłych dziewcząt stanu wolnego w sukniach ślubnych, z welonem wystającym z trumny. Opowieść chyba z Polski centralnej - niestety brak potwierdzenia skąd to się wzięło, czy dalej jest praktykowane i co miało to symbolizować..?

Po drugie:

rzeczywiście istniejący zwyczaj, chociaż już zanikający z najbliższej okolicy: przy wyprowadzaniu ciała zmarłego z domu rodzinnego, niosący trumnę robią z nią przysiady nad każdym z progów domu, na znak żegnania się dawnego mieszkańca ze swoim gospodarstwem. Dzisiaj tego typu "atrakcja" już praktycznie niespotykana, ale warto zanotować pośród innych zwyczajów grzebalnych itp. Względy higieniczne straszliwie okroiły nam dziś sposób przeżywania żałoby, zdusiły nas konwenanse, a jednocześnie śmierć przestała być czymś normalnym - bo chociażby zwyczajne zabicie kury na obiad jest już zapewne obce większości tzw. "prawdziwych facetów". No więc i ze śmiercią człowieka będzie w przyszłości problem.
Ogromnie spodobało mi się zaznaczenie problemu w pierwszym odcinku "Six feet under"...ten serial to jednak inna pieśń, więc wracajmy do dzisiejszych przemyśleń...

Po trzecie i ostatnie:

Przełom XIX i XX wieku to pierwszy z momentów, z których zachowała się fotografia w różnej postaci. Wśród rozmaitych fotografii - niemal zawsze okolicznościowych, czy upamiętniających rodzinę, znaczną część stanowią fotografie "śpiących".
Fotografia post mortem to niesamowita część historii fotografii, która równie przeraża, co interesuje. Biorąc pod uwagę trudność w dostępie do fotografii, wiele rodzin jako jedyne pamiątki po osobach mogły zachować właśnie takie zdjęcia - wykonane już po śmeirci bliskich.
Po dłuższym okresie przejsciowym, fotografia stała się czymś bardzo dostępnym i wykorzystywanym w najróżniejszych sytuacjach.
Współczesna fotografia post mortem - aranżowana w sytuacji pogrzebowej - niesmaczy mnie. Rodzina oglądająca po wszystkim fotografie zmarłej w trumnie...ojjj! Zły pomysł!


Syrenko...strach pytać, ale...co myślisz o tym wszystkim?


Smoku!

Owszem, słyszałam, że niezamężne dziewczęta chowane są w białych sukniach, prędzej z wiankiem (o ile w ogóle) niż z welonem ;)
A symbolizuje nic innego, niż czystość i niewinność ;)
Jednak jak się okazuje, zwyczaj ten dotyczy również płci przeciwnej. Byłam na pogrzebie nastolatka i co wtedy wydawało mi się niejako czymś tak zupełnie innym tradycyjnie, że aż niestosownym, to właśnie fakt, że chłopaka chowano w jasnym garniturze i białej trumnie...

Co do drugiego zwyczaju, to nie słyszałam nigdy. Przyznaje się bez bicia, fascynacji śmiercią nie przeżywałam, stąd też pewnie nikła moja wiedza z zakresu umierania jako takiego i obrządków z tym związanych.

Trzeci aspekt twoich rozmyślań troszeczkę mną wstrząsną. Nie zastanawiałam się nigdy nad tym, ze można robić pamiątkowe zdjęcia zmarłym. Rzecz uważam za mało stosowną. Moje pierwsze skojarzenie: zrobię sobie zdjęcie ze zmarłym krewnym i wrzucę na fejsbuczka. Wiem, że idea fotografii post mortem zakłada coś innego, jednak pierwsze skojarzenie wyglądało tak, a nie inaczej.