Uwaga!
Tekst poniższy jest prywatną opinią autora, który uważa, że na coś trzeba umrzeć, a jeśli mają to być w 100% nieekologiczne barwniki spożywcze - niech tak będzie!
Dostajemy je w produktach sklepowych oficjalnie oraz przemycane w niedokładnie opisanych opakowaniach. Barwniki spożywcze.
Uwielbiam je jednak, odkąd tylko nauczyłam się je stosować: zwyczajna polewa cytrynowa z odrobiną np. zielonego lub fioletowego barwnika pozwala nam namalować na gotowym cieście przepięknych wzorów.
Za kilka złotych kupiłam kiedyś paletę barw spożywczych w proszku i od tamtej pory stosuję. Kilka drobinek barwnika pozwala na piękne zakolorowanie dowolnego produktu spżywczego.
Kolorowa wódka? Czemu nie!
Fantastyczne, barwne drinki? Nic łatwiejszego!!
A do tego imprezowi kierowcy mogą czuć się w towarzystwie komfortowo pijąc równie eleganckie napoje, co inni imprezowicze.
Próbowałam także zabarwienia kosteczek lodu - kolor nieco blady, ale wyjątkowo spodobał się dzieciakom i innym pijącym "zwykłą mineralną".
Zgodnie z przepisem na najzwyklejsze ciacho: puszek. Podzieliłam masę na dwie części, z czego jedna dostała kolor fioletowy, a druga jasnozielony. Całość dostała naturalną polewą z gęstego syropu śliwkowego o pięknej rubinowej barwie.
Na pohybel kaloriom! Ciacho wyszło mega Halloweenowe!
Opieczone zyskało śliczną złocisto - brązową skórkę, zaś wewnątrz...kolor zieleni i fioletu w nienaruszonej formie.
Skojarzenie gnijącej skóry i rozkładającego się ciała z wyciekającą śliwkową krwią - pierwszorzędne!
Tak..wiem...niewielu to kręci, ale nie o to chodzi. Barwniki spożywcze są świetnym, tanim pomysłem na to, jak urozmaicić potrawy czy wykonać polewę / pastę / krem, który wykończy dowolną potrawę ( najlepiej nada się chyba do cist, ciasteczek i innych tortów) w intensywnych odcieniach.
Wiem, że bardzo szybko zgromią mnie Ci, którzy od początku do końca są zwolennikami naturalnych barwników.
Jest jedna rzecz, która stawia barwniki spożywcze w korzystniejszej pozycji. Są uniwersalne, bo bezzapachowe i bezsmakowe.
Kurkuma i buraczki pomogą np. z makaronem, ale już nie pozwolą na zabarwienie słodkiego ciacha, a zielony barwnik ( np. z przetartej pietruszki, albo wygotowanej młodej trawy) wydaje się chyba nieosiągalny naturalnymi środkami w ciachu.
Odrobina sztuczności nie zaszkodzi więc, a pozwoli na przygotowanie wyjątkowych drobiazgów i dodatków do potraw.
Eksperyment dla mnie bardzo udany - a że nie wyrosły mi jeszcze macki, trzecie ucho, ani nic podobnego, mam zamiar dalej stosować!
środa, 31 października 2012
Pielęgnacja ciała w zimie
Niby wszystkie zdajemy sobie sprawę z tego, że wraz ze zmianą pory roku, należy zmienić nawyki pielęgnacyjne, ale nie zawsze o tym pamiętamy, prawda?
Zima w tym roku zaskoczyła mnie jak nigdy. Owszem, pamiętam, że końcówki października bywały mroźne, ale żeby śnieg i to w takiej ilości?! I aż jakoś dziwnie, że po galeriach handlowych nie ma jeszcze przystrojonych choinek, a w radiu brak charakterystycznych dzwoneczków ;D
Jest kilka prostych trików, które pomogą uniknąć zimowych podrażnień, popękanej i przesuszonej skóry. Pomijając oczywistości, takie, jak noszenie rękawiczek ;)
Zimą musimy się bardziej natłuszczać niż nawilżać. Zatem kosmetyczkę wypadałoby zaopatrzyć w kremiki odżywcze, a nawet w wazelinę. To właśnie wazeliną najłatwiej jest przywrócić skórę do "normalności" po ekstremalnych warunkach pogodowych (np. nagłym spadku temperatury, czy bardzo dużym wietrze, po którym skóra jest tak podrażniona, że aż piecze żywym ogniem. Zdarza się, nawet jak jesteśmy odpowiednio przygotowane).
Nie zapominajmy, że zimą potrzebujemy ochrony przed słońcem! Także kremiki wybieramy tylko z faktorami UVA/UVB.
Jeżeli stosujemy preparaty pod oczy, to pamiętajmy, że zimą nie powinno się używać żeli, tylko kremy. Żelowe produkty są dozwolone ewentualnie na noc, nigdy przed wyjściem na mróz.
Kremu do rąk używamy tak często, jak się da, a nie tylko jak skóra już swędzi i jest przesuszona. Warto również zainwestować w rękawiczki bawełniane, które wzmocnią i przyspieszą działanie kremu. Kurację warto powtarzać co drugi dzień, zwłaszcza zimą. Nie musimy spać w tych rękawiczkach. Wystarczy, że nałożymy je na jakąś godzinkę, podczas oglądania ulubionego serialu. Ważne, żeby po takim zabiegu nie wkładać rak do detergentów, także późnowieczorne zmywanie odpada ;)
I to chyba tyle z podstaw ;) I jak to się mówi? Lepiej zapobiegać niż leczyć ;)
Zima w tym roku zaskoczyła mnie jak nigdy. Owszem, pamiętam, że końcówki października bywały mroźne, ale żeby śnieg i to w takiej ilości?! I aż jakoś dziwnie, że po galeriach handlowych nie ma jeszcze przystrojonych choinek, a w radiu brak charakterystycznych dzwoneczków ;D
Jest kilka prostych trików, które pomogą uniknąć zimowych podrażnień, popękanej i przesuszonej skóry. Pomijając oczywistości, takie, jak noszenie rękawiczek ;)
Zimą musimy się bardziej natłuszczać niż nawilżać. Zatem kosmetyczkę wypadałoby zaopatrzyć w kremiki odżywcze, a nawet w wazelinę. To właśnie wazeliną najłatwiej jest przywrócić skórę do "normalności" po ekstremalnych warunkach pogodowych (np. nagłym spadku temperatury, czy bardzo dużym wietrze, po którym skóra jest tak podrażniona, że aż piecze żywym ogniem. Zdarza się, nawet jak jesteśmy odpowiednio przygotowane).
Nie zapominajmy, że zimą potrzebujemy ochrony przed słońcem! Także kremiki wybieramy tylko z faktorami UVA/UVB.
Jeżeli stosujemy preparaty pod oczy, to pamiętajmy, że zimą nie powinno się używać żeli, tylko kremy. Żelowe produkty są dozwolone ewentualnie na noc, nigdy przed wyjściem na mróz.
Kremu do rąk używamy tak często, jak się da, a nie tylko jak skóra już swędzi i jest przesuszona. Warto również zainwestować w rękawiczki bawełniane, które wzmocnią i przyspieszą działanie kremu. Kurację warto powtarzać co drugi dzień, zwłaszcza zimą. Nie musimy spać w tych rękawiczkach. Wystarczy, że nałożymy je na jakąś godzinkę, podczas oglądania ulubionego serialu. Ważne, żeby po takim zabiegu nie wkładać rak do detergentów, także późnowieczorne zmywanie odpada ;)
I to chyba tyle z podstaw ;) I jak to się mówi? Lepiej zapobiegać niż leczyć ;)
wtorek, 30 października 2012
Obchodzimy Halloween...szerokim łukiem
Cukierków nie będzie.
Ktokolwiek do mnie zapuka jutrzejszego dnia z sugestią "wykupienia się" cukierkami, tudzież drobniakami za brak psikusa zostanie pogoniony i delikatnie zasugeruję mu możliwość odpowiadania przez Panami z policji ( "JP na 50% bo się trochę boję", prawda?).
Halloween Kocham i Uwielbiam! Dynie akurat się ładne urodziły w tym roku, więc dżem trzeba zrobić - robienie lampionów - świetna zabawa!
Poza tym - akurat mam urodziny, więc generalnie baluję w Halloween na całego :D
Dla tych, którzy tyle szczęścia nie mają mam dużo zrozumienia i prawda jest taka:
poza cukierkowym szlabanem dla dzieciaków ( u nas dokładnie to samo - z większym naciskiem na pieniądze - mają w Wigilię i Boże Narodzenie, kiedy to chodzą z szopkami, poprzebierani za postaci z Betlejem; po latach słabszych widzę, że tradycja u nas odżyła, dzieciaki chodzą coraz lepiej przygotowane, mają dopracowane stroje i szerszy repertuar, więc nie żal ich wpuścić i zaprosić jako część artystyczną odbywających się akurat licznych rodzinnych spotkań!) nie mam nic przeciwko organizowaniu okolicznościowych imprez / dyskotek.
Helloween to tylko pretekst.
Jak ktoś chce iść do wróżki (choć na Andrzejki dokładnie to samo "wypada" zrobić), to niech idzie.
Jak ktoś chce uczestniczyć w maskaradzie - droga wolna.
Trupy, zombie, wiedźmy, czarownice - te wszystkie zjawiska są bardzo mocno obecne w naszej kulturze, a jak to próbuję elegancko tłumaczyć naukowo psychologowie - impreza taka to sposób na oswojenie się z myślą o śmierci.
Obawiam się, że w tym punkcie zaczyna się nadinterpretacja...
Dlaczego?
Halloween to jak dla mnie jedna wielka impreza tematyczna. Super - można się przebrać, można potańczyć, czy też wziąć udział w jakichś okolicznościowych wróżbach. Niech będzie.
Co ciekawe - podobnie wyglądać powinny nasze - nazwijmy je rodzimymi - bale karnawałowe. Ale spójrzmy prawdzie w oczy - kto w okresie poświątecznym ma jeszcze ochotę i pieniądze inwestować w bale? Kto z nas w ogóle, kiedykolwiek uczestniczył w jakiejś tego typu imprezie - od początku do końca zaplanowanej - np. Panowie obowiązkowe garnitury, Panie - suknie do ziemi a dodatkowo maski / kotyliony etc.?
Tradycja tego typu wydaje się być dla nas zarezerwowaną dla najbogatszych i tych, którzy muszą się pokazać w mediach, czyli od najbardziej pokracznych do tych rzeczywistych celebrytów. A my szare ludzie pozostajemy w kręgu wesel ( które już raczej nie narzucają żadnego rygoru zachowania / ubioru), sylwestrów ( domówki najtańsze...) i...no właśnie - dysokotek i innych doraźnych zamienników imprez okolicznościowych.
Szukamy więc dowolnej okazji - pretekstu, żeby się wyrwać na jeden dodatkowy wieczór i nie myśleć o tym, że jutro trzeba znów ugotować obiad, czy wrócić do innych obowiązków.
Halloween w znacznej mierze właśnie tak u nas wygląda i szczerze mówiąc - nie rozumiem rozdrapywania tego tematu na najwyższych szczeblach. W końcu zazwyczaj kończy się właśnie na przebierankach, ostrych makijażach i okolicznościowym wystroju pomieszczenia, a warstwy, nazwijmy ją ideologiczną - brak.
Można by odnosić się do wielu wątków kalendarzowych, wątków związanych z kształtowaniem się religii, z tradycjami pogańskimi itp, ale niestety nie widzę ku temu powodu. Czy to spłycenie tematu Halloween? Raczej nie.
Jeśli ktoś w tym czasie ma zamiar oddawać się rozmaitym praktykom magicznym, zapewne robił to wcześniej, albo powróci do tego poza Helloween. Próba nadania tej imprezie nieco bardziej oficjalnego tonu niczego tu nie zmienia. Zdecydowana większość ludzi przyjdzie przebrana, napije się alkoholu w rozmaitej ilości i będzie czekać na Andrzejki (choćby żadnego Andrzeja w życiu nie poznała). I tak będzie się to toczyło...a o prawdziwym balu karnawałowym nie będzie nikt nawet wspominał.
Mam jutro urodziny - tak: wydrążę sobie dynię! Tak: zrobię ostry makijaż! Tak: będę chodzić ubrana w ekstrawagancki kostium i słuchać muzyki, która przywodzi na myśl różne aspekty "wiedz, że coś się dzieje!"!
Niech wiedzą, że coś się dzieje!
Nie mam więc nic przeciwko temu aspektowi amerykanizacji naszego życia. Nie wykorzystywany potencjał naszego karnawału ( tak, cały czas myślę o zaniku popularności wielkich karnawałowych balów i nieopłacalności organizowania takowych) spowodował, że ta sama energia, która od wieków nakazywała ludziom przywdziewać kostiumy - w celu dokonania różnych obrządków - dziś odnalazła dla siebie drogę w stosunkowo tanim święcie, jakim jest Halloween. Nie dziwota więc, że jego popularność rośnie, skoro alternatywy brak.
To co pop, powinno być powszechnie dostępne i takie właśnie jest polskie Halloween.
Dzieciaki niech jednak czekają Gwiazdki.
Smoku!
Powiem szczerze, że z polskim Halloween nie miałam styczność. Święto jako takie jest mi znane tylko i wyłącznie z tematycznych lekcji języka angielskiego. A to było już jakiś czas temu ;)
Żeby dzieci plątały się poprzebierane? Ja już nawet nie pamiętam kiedy jakiś kolędników widziałam, a co dopiero wiedźmy i inne rusałki. No, może pomijając "zombie walk" ale to już klasyka ;D
Dyskoteki i imprezki? Pewnie tak.Okazja dobra, jak każda inna. Wydaje mi się jednak, że Andrzejki są niezmiennie popularniejsze. Takie jakieś bardziej nasze, takie bardziej polskie ;D Bo przecież z Ameryki to same zło przychodzi, a my tu już mamy takie swoje stare, pogańskie, sprawdzone ;)
Ktokolwiek do mnie zapuka jutrzejszego dnia z sugestią "wykupienia się" cukierkami, tudzież drobniakami za brak psikusa zostanie pogoniony i delikatnie zasugeruję mu możliwość odpowiadania przez Panami z policji ( "JP na 50% bo się trochę boję", prawda?).
Halloween Kocham i Uwielbiam! Dynie akurat się ładne urodziły w tym roku, więc dżem trzeba zrobić - robienie lampionów - świetna zabawa!
Poza tym - akurat mam urodziny, więc generalnie baluję w Halloween na całego :D
Dla tych, którzy tyle szczęścia nie mają mam dużo zrozumienia i prawda jest taka:
poza cukierkowym szlabanem dla dzieciaków ( u nas dokładnie to samo - z większym naciskiem na pieniądze - mają w Wigilię i Boże Narodzenie, kiedy to chodzą z szopkami, poprzebierani za postaci z Betlejem; po latach słabszych widzę, że tradycja u nas odżyła, dzieciaki chodzą coraz lepiej przygotowane, mają dopracowane stroje i szerszy repertuar, więc nie żal ich wpuścić i zaprosić jako część artystyczną odbywających się akurat licznych rodzinnych spotkań!) nie mam nic przeciwko organizowaniu okolicznościowych imprez / dyskotek.
Helloween to tylko pretekst.
Jak ktoś chce iść do wróżki (choć na Andrzejki dokładnie to samo "wypada" zrobić), to niech idzie.
Jak ktoś chce uczestniczyć w maskaradzie - droga wolna.
Trupy, zombie, wiedźmy, czarownice - te wszystkie zjawiska są bardzo mocno obecne w naszej kulturze, a jak to próbuję elegancko tłumaczyć naukowo psychologowie - impreza taka to sposób na oswojenie się z myślą o śmierci.
Obawiam się, że w tym punkcie zaczyna się nadinterpretacja...
Dlaczego?
Halloween to jak dla mnie jedna wielka impreza tematyczna. Super - można się przebrać, można potańczyć, czy też wziąć udział w jakichś okolicznościowych wróżbach. Niech będzie.
Co ciekawe - podobnie wyglądać powinny nasze - nazwijmy je rodzimymi - bale karnawałowe. Ale spójrzmy prawdzie w oczy - kto w okresie poświątecznym ma jeszcze ochotę i pieniądze inwestować w bale? Kto z nas w ogóle, kiedykolwiek uczestniczył w jakiejś tego typu imprezie - od początku do końca zaplanowanej - np. Panowie obowiązkowe garnitury, Panie - suknie do ziemi a dodatkowo maski / kotyliony etc.?
Tradycja tego typu wydaje się być dla nas zarezerwowaną dla najbogatszych i tych, którzy muszą się pokazać w mediach, czyli od najbardziej pokracznych do tych rzeczywistych celebrytów. A my szare ludzie pozostajemy w kręgu wesel ( które już raczej nie narzucają żadnego rygoru zachowania / ubioru), sylwestrów ( domówki najtańsze...) i...no właśnie - dysokotek i innych doraźnych zamienników imprez okolicznościowych.
Szukamy więc dowolnej okazji - pretekstu, żeby się wyrwać na jeden dodatkowy wieczór i nie myśleć o tym, że jutro trzeba znów ugotować obiad, czy wrócić do innych obowiązków.
Halloween w znacznej mierze właśnie tak u nas wygląda i szczerze mówiąc - nie rozumiem rozdrapywania tego tematu na najwyższych szczeblach. W końcu zazwyczaj kończy się właśnie na przebierankach, ostrych makijażach i okolicznościowym wystroju pomieszczenia, a warstwy, nazwijmy ją ideologiczną - brak.
Można by odnosić się do wielu wątków kalendarzowych, wątków związanych z kształtowaniem się religii, z tradycjami pogańskimi itp, ale niestety nie widzę ku temu powodu. Czy to spłycenie tematu Halloween? Raczej nie.
Jeśli ktoś w tym czasie ma zamiar oddawać się rozmaitym praktykom magicznym, zapewne robił to wcześniej, albo powróci do tego poza Helloween. Próba nadania tej imprezie nieco bardziej oficjalnego tonu niczego tu nie zmienia. Zdecydowana większość ludzi przyjdzie przebrana, napije się alkoholu w rozmaitej ilości i będzie czekać na Andrzejki (choćby żadnego Andrzeja w życiu nie poznała). I tak będzie się to toczyło...a o prawdziwym balu karnawałowym nie będzie nikt nawet wspominał.
Mam jutro urodziny - tak: wydrążę sobie dynię! Tak: zrobię ostry makijaż! Tak: będę chodzić ubrana w ekstrawagancki kostium i słuchać muzyki, która przywodzi na myśl różne aspekty "wiedz, że coś się dzieje!"!
Niech wiedzą, że coś się dzieje!
Nie mam więc nic przeciwko temu aspektowi amerykanizacji naszego życia. Nie wykorzystywany potencjał naszego karnawału ( tak, cały czas myślę o zaniku popularności wielkich karnawałowych balów i nieopłacalności organizowania takowych) spowodował, że ta sama energia, która od wieków nakazywała ludziom przywdziewać kostiumy - w celu dokonania różnych obrządków - dziś odnalazła dla siebie drogę w stosunkowo tanim święcie, jakim jest Halloween. Nie dziwota więc, że jego popularność rośnie, skoro alternatywy brak.
To co pop, powinno być powszechnie dostępne i takie właśnie jest polskie Halloween.
Dzieciaki niech jednak czekają Gwiazdki.
Smoku!
Powiem szczerze, że z polskim Halloween nie miałam styczność. Święto jako takie jest mi znane tylko i wyłącznie z tematycznych lekcji języka angielskiego. A to było już jakiś czas temu ;)
Żeby dzieci plątały się poprzebierane? Ja już nawet nie pamiętam kiedy jakiś kolędników widziałam, a co dopiero wiedźmy i inne rusałki. No, może pomijając "zombie walk" ale to już klasyka ;D
Dyskoteki i imprezki? Pewnie tak.Okazja dobra, jak każda inna. Wydaje mi się jednak, że Andrzejki są niezmiennie popularniejsze. Takie jakieś bardziej nasze, takie bardziej polskie ;D Bo przecież z Ameryki to same zło przychodzi, a my tu już mamy takie swoje stare, pogańskie, sprawdzone ;)
poniedziałek, 29 października 2012
Dobre straszaki
Co się stało z dobrymi horrorami?! Jestem strasznie rozczarowana kolejnymi produkcjami, które opowiadają o piątce przyjaciół w lesie/jaskini/w górach, pisarce po przejściach, psychologu, który stracił rodzinę... A jak jeszcze robią coś dziwnego w moich ukochanych historiach o duchach to już w ogóle robi mi się strasznie niemiło...
Pamiętam, że w dzieciństwie starszy brat wypożyczył na kasecie (tak, to te czasy z VHSami) jakiś horrorek z klaunem, który mieszkał w kanalizacji. O czym był konkretnie? Nie wiem, nie pamiętam, albo zwyczajnie nie załapałam. A wspominam o tym teraz nie tyle nawet, że się wtedy bałam, ale tak jakoś do tej pory czuję głęboki niesmak do klaunów wszelkiej maści....
Pierwszy straszak, który skutecznie mnie wystraszył? Zdecydowanie "Blair witch project". Nie jestem tylko pewna, czy na ostatecznym wrażeniu jakie ten film na mnie wywarł, w większości nie zaważył fakt, że po jego obejrzeniu wracałam do domu jesienną, wieczorową porą. Niedaleko cmentarza i przez jakieś krzaki. Tak, to mogło mieć jakiś wpływ...
Potem długo, długo nic... Aż pojawił się "Paranormal Activity". Rety, łał i w ogóle trudno znaleźć słowa! Film, można powiedzieć amatorski trochę. Z tego co później czytałam na temat realizacji, okazało się, że aktorzy nie mieli przygotowanych dialogów, grali na bieżąco. No, ale prawda, to nie dialogi były najistotniejsze w tym filmie ;) Akcja rozwijała się powoli, przez większość filmu nic się nie dzieje. Jednak jak zaczyna się dziać to gęsia skórka gwarantowana! Szkoda tylko, że producenci zdecydowali się na kolejne części. Żadna do pięt nie sięga pierwszej!
W zeszłym roku pojawił się prequel filmu z 1982 pod tytułem "The thing". Czy był straszny? ;) Przede wszystkim dobrze zrealizowany. Na prawdę dobry film o istotach z kosmosu. Dodatkowy plus za niesamowitą dbałość o szczegóły. Można obejrzeć jeden film po drugim i nie ma się do czego przyczepić, żadnych niejasności, żadnych rozjechanych wątków! Cudnie zsynchronizowana całość! A sam "coś"? Niebanalny, w każdym aspekcie.
Godny polecenia wydaje mi się być serial "Supernatural". Jeśli ktoś lubi wiedźmy, strzygi, duchy i demony, to serial w sam raz dla niego ;) Często wgina w fotel ;)
I to by było na tyle straszności.
Pamiętam, że w dzieciństwie starszy brat wypożyczył na kasecie (tak, to te czasy z VHSami) jakiś horrorek z klaunem, który mieszkał w kanalizacji. O czym był konkretnie? Nie wiem, nie pamiętam, albo zwyczajnie nie załapałam. A wspominam o tym teraz nie tyle nawet, że się wtedy bałam, ale tak jakoś do tej pory czuję głęboki niesmak do klaunów wszelkiej maści....
Pierwszy straszak, który skutecznie mnie wystraszył? Zdecydowanie "Blair witch project". Nie jestem tylko pewna, czy na ostatecznym wrażeniu jakie ten film na mnie wywarł, w większości nie zaważył fakt, że po jego obejrzeniu wracałam do domu jesienną, wieczorową porą. Niedaleko cmentarza i przez jakieś krzaki. Tak, to mogło mieć jakiś wpływ...
Potem długo, długo nic... Aż pojawił się "Paranormal Activity". Rety, łał i w ogóle trudno znaleźć słowa! Film, można powiedzieć amatorski trochę. Z tego co później czytałam na temat realizacji, okazało się, że aktorzy nie mieli przygotowanych dialogów, grali na bieżąco. No, ale prawda, to nie dialogi były najistotniejsze w tym filmie ;) Akcja rozwijała się powoli, przez większość filmu nic się nie dzieje. Jednak jak zaczyna się dziać to gęsia skórka gwarantowana! Szkoda tylko, że producenci zdecydowali się na kolejne części. Żadna do pięt nie sięga pierwszej!
W zeszłym roku pojawił się prequel filmu z 1982 pod tytułem "The thing". Czy był straszny? ;) Przede wszystkim dobrze zrealizowany. Na prawdę dobry film o istotach z kosmosu. Dodatkowy plus za niesamowitą dbałość o szczegóły. Można obejrzeć jeden film po drugim i nie ma się do czego przyczepić, żadnych niejasności, żadnych rozjechanych wątków! Cudnie zsynchronizowana całość! A sam "coś"? Niebanalny, w każdym aspekcie.
Godny polecenia wydaje mi się być serial "Supernatural". Jeśli ktoś lubi wiedźmy, strzygi, duchy i demony, to serial w sam raz dla niego ;) Często wgina w fotel ;)
I to by było na tyle straszności.
sobota, 27 października 2012
Na jesienne popołudnia - muzyka inna niż wszystkie
Ileż to razy zdarzyło się Wam usłyszeć urywek piosenki, który potem dręczył Was tygodniami, miesiącami, latami...żeby w końcu dać się odkryć?
Mam w swojej pamięci co najmniej kilka takich. Wczoraj z radością odnalazłam kolejny z brakujących puzzli.
Niektóre z takich piosenek to bezpośrednie wspomnienia z czasów dzieciństwa, inne - po prostu zapadające w pamięć fragmenty.
Internet stał się już dawno - nie tylko skarbnicą informacji, ale także źródłem do pozyskania takich staroci albo zupełnie niszowych piosenek, które pisane są z myślą o tych nielicznych, któym zapadną w duszę.
W poszukiwaniach bardzo często frustrujące jest, kiedy dochodzimy do momentu, z którego nie wiadomo jak wybrnąć, np. sugestia, że poszukiwany przez nas fragment został napisany na potrzeby reklamy i nie ma czego więcej szukać... Niedosyt, prawda?
Ostatnio przez różne programy, trailery i filmy przewija się bardzo charakterystyczna melodia, za którą długo błądziłam. Nareszcie się udało ją odnaleźć!
Ben Cocks - You
Niesamowita melodia, którą odsłuchać można tylko poprzez audionetwork.com. W Polsce - jak wiele podobnych radości zmysłowych - albo niedostępna, albo zakazana.
Co jednak zrobić?
Są piosenki, przy których można spędzić cały dzień - to niewątpliwie jedna z nich.
Chyba nie ma nic gorszego niż "czepiająca się" piosenka ;) Chodzi za człowiekiem i chodzi. Czasem aż słychać tupot złośliwych nutek.
Ja z kolei już chyba przez dekadę szukam bajki z dzieciństwa. "Mała Syrenka" zekranizowana wiernie, czyli nie kończąca się happy endem. Nie mam pojęcia jakiego kraju to była produkcja, nikt nie wie o co mi może chodzić, a ja tak bardzo chcę obejrzeć ją jeszcze raz! :(
Mam w swojej pamięci co najmniej kilka takich. Wczoraj z radością odnalazłam kolejny z brakujących puzzli.
Niektóre z takich piosenek to bezpośrednie wspomnienia z czasów dzieciństwa, inne - po prostu zapadające w pamięć fragmenty.
Internet stał się już dawno - nie tylko skarbnicą informacji, ale także źródłem do pozyskania takich staroci albo zupełnie niszowych piosenek, które pisane są z myślą o tych nielicznych, któym zapadną w duszę.
W poszukiwaniach bardzo często frustrujące jest, kiedy dochodzimy do momentu, z którego nie wiadomo jak wybrnąć, np. sugestia, że poszukiwany przez nas fragment został napisany na potrzeby reklamy i nie ma czego więcej szukać... Niedosyt, prawda?
Ostatnio przez różne programy, trailery i filmy przewija się bardzo charakterystyczna melodia, za którą długo błądziłam. Nareszcie się udało ją odnaleźć!
Ben Cocks - You
Niesamowita melodia, którą odsłuchać można tylko poprzez audionetwork.com. W Polsce - jak wiele podobnych radości zmysłowych - albo niedostępna, albo zakazana.
Co jednak zrobić?
Są piosenki, przy których można spędzić cały dzień - to niewątpliwie jedna z nich.
Chyba nie ma nic gorszego niż "czepiająca się" piosenka ;) Chodzi za człowiekiem i chodzi. Czasem aż słychać tupot złośliwych nutek.
Ja z kolei już chyba przez dekadę szukam bajki z dzieciństwa. "Mała Syrenka" zekranizowana wiernie, czyli nie kończąca się happy endem. Nie mam pojęcia jakiego kraju to była produkcja, nikt nie wie o co mi może chodzić, a ja tak bardzo chcę obejrzeć ją jeszcze raz! :(
czwartek, 25 października 2012
Prezenty ślubne - czyli obserwacje jeszcze i już niezainteresowanych...
Od pewnego czasu znajduję się na pierwszej linii " do odstrzału" ślubnego. Spoko - nie ma problemu, ja tam chętnie. Całokształt jawi się jednak najpierw jako idealna ilustracja ślubna - uśmiechnięta parka na tle jakiejś zieleniny.
Kiedy jednak człowiek zaczyna myśleć o nich bardziej personalnie, zaczynają się problemy...bo pewne elementy przestają mi się w układance podobać.
Standardowe śluby i wesela składają się ( a przynajmniej do niedawna składały się ) z kilku "murowanych" punktów. Niestety, to co dla wielu konieczne, dla mnie wydaje się niedopuszczalne, a niektóre moje marzenia będą kiedyś nieakceptowalne dla moich najbliższych.
Pomysły są różne: na wielkie i małe wesela, dyskoteki, albo przyjęcia eleganckie, z drużbą, z DJem...albo tysiącem innych drobiazgów, które tworzą całość.
Byłam ostatnio w ciastkarni i zobaczyłam, że Panie tam pracujące pochłonięte były w całości wiązaniem sznureczków na bożonarodzeniowych piernikach. Mamy końcówkę października. Tradycyjna, świąteczna ofensywa medialna zacznie się za jakieś 10 dni, kiedy to minie pierwszy listopada i będzie można oficjalnie w reklamach popuścić wodzy świątecznych fantazji.
Dla tych kobiet w ciastkarni nie jest więc niczym niezwykłym, że o niektórych rzeczach trzeba myśleć z wielkim wyprzedzeniem - i nie chodzi o nagonkę publiczną w radiu, telewizji i wśród znajomych. Wesela i śluby są niemal kłębkiem takich rzeczy - z wielką ilością plątaninek i supełków.
Dziś pierwsze spojrzenie na to przedsięwzięcie, a rozpoczynamy od perspektywy przyszłego gościa weselnego.
Prezenty.
Każda sytuacja jest inna, jednak w znacznej części ślubów nieśmiertelną trójcą rzeczy wręczanych Nowopoślubionym są: pieniądze, kwiaty i słodycze. Ostatnio w miejsce kwiatów ( "które zaraz zwiędną i co my z nimi w ogóle zrobimy?" / " po co nam one?"/ " a mnie to się one nawet nie podobają") wskoczyły wina.
Ale co z resztą?
Zacznijmy od pieniędzy.
Kwoty wręczane w kopertkach Młodym są różne. Wyznacznik wysokości tej kwoty zwyczajowo zależy w pierwszej kolejności od stopnia pokrewieństwa ( strzeżcie się Dziadkowie i Chrzestni...). W drugiej kolejności czasem informacja o weselu ze strony znajomych rozpoczęła w mojej rodzinie spiralę informacyjną dotyczącą potencjalnych kosztów ślubów w różnych wariantach i spowodowała, że od pewnego czasu jesteśmy żywą encyklopedią dotyczącą ceny kompleksowej obsługi w różnych okolicznych przybytkach.
I tak oto powstał pomysł na włożenie do koperty kwoty, która pokryje chociaż część kosztu organizacji wesela w przeliczeniu na osobę. No więc, niech Młodzi zarobią pierwsze wspólne pieniądze wolne od podatku.
Po zasłyszanej od znajomych historii ich "wspólnego poślubnego rachunku" dodam jeszcze jedno: lepiej nie wkładać żadnej koperty, aniżeli włożyć pustą. Nie chodzi o żadną formę stygmatyzacji, ale szczere życzenia wpisane na karcie i zapewnienie o pomocy na nowej drodze życia może czasem być więcej warte, niż jakiekolwiek kwoty pieniędzy...a nie znam nikogo, kto chciałby dzień swojego ślubu pamiętać, jako dzień, w którym odebrał ostatnie pieniądze starszej Ciotce, czy innemu członkowi Rodziny. Pusta koperta sprawia jednak wrażenie...próby oszustwa i zgubienia się w tłumie "kopert". A chodzi chyba o szczerość - przynajmniej tego jednego dnia fajnie byłoby się cieszyć i być ze sobą właśnie w podniosłej atmosferze i pełnym wzajemnym wsparciu i zrozumieniu ( nie licząc Wigilii, ale tu formy hipokryzji osiągają czasami wyżyny, więc zostawmy to...).
Zazwyczaj, kiedy przyszli nupturienci przychodzą zaprosić na wspólna uroczystość, dzieje się to około miesiąca przez planowaną imprezą. Warto zapytać, czy nie potrzebują czegoś konkretnego. Nie spotkałam się jak dotąd z oficjalną listą prezentów, jakie Młodzi chętnie by zobaczyli w dzień ślubu, ale patrząc na pułap, z jakiego wielu znajomych zaczyna wspólne życie - takie rozwiązanie prawdopodobnie dotrze do nas w niedługim czasie.
Kwiaty - ciekawa sprawa. Typowe bukiety odchodzą w zapomnienie. Pozostaje jeden - w dłoniach Pani Młodej ( nie bawmy się w panny - skoro słowo już dawno zostało tylko definicją stanu cywilnego...ubaw mam po pachy, jak jedni z drugimi o "pannach młodych" opowiadają co to dzieci jej własne obrączki do ołtarza niosą...wredota ze mnie okrutna, wiem). Do tego - jak na złość starej tradycji - najczęściej to już nie bukietem się rzuca, by wytypować przyszłą Mężatkę. A one tak pięknie się rozpadały...
Z kwiatów pozostają więc kompozycje oryginalne - ot np. przybrane kwiatami bukiety z owoców, cukierków, lizaków, truskawek ( wiem - też owoc, ale bukiet wyjątkowy). Ogromnie spodobał mi się też pomysł dekorowania kwiatami gotowych stelaży - np. w kształcie kapelusza - które nie tylko atrakcyjnie wyglądają, ale nadają się do późniejszego wykorzystania jako piękna pamiątka.
Zakładając jednak, że młodzi z kwiatów rezygnują, a my koniecznie chcemy je wręczyć ( ot, mamy kilkoro dzieci i każde chce coś Młodym dać ), ciekawym wyjściem jest bukiet z kuponów loteryjnych.
Wina - działka przepastna, a faktycznie - doskonałe pole do popisu dla gości, którzy wystawieni będą na test pod tytułem "Jakie im będzie smakowało?".
Czekoladki, słodycze - multum ich na rynku, więc jest w czym wybierać. Podobnie jak przy winach - będzie to dla nas swego rodzaju egzamin ze znajomości Młodych.
Dochodzimy do sedna problemu. Zaproszenie na ślub niestety w różnym stopniu jest definicją tego, jak blisko jesteśmy z przyszłymi Małżonkami. Często pokutują stare, niezrealizowanie plany naszych Rodziców, którzy nie mogli zaprosić wszystkich, których chcieli, a teraz chcą się "szarpnąć" i zapewnić "co najlepsze" swym dzieciom. No i dostajemy listę "najbliższych", która opiewa na nazwiska osób, których w życiu żeśmy nie widzieli, ale kiedyś tam coś tam było i w końcu musimy ich zaprosić.
Niestety czasem mniej oznacza więcej - a ilości Gości dotyczy to w szczególności.
Jak się to ma do prezentów?
Im bardziej prawdopodobne, że po ślubie, następne spotkanie rodzinne spowodowane będzie czyimś pogrzebem, tym pewniejsze jest, że owa gałąź Znajomych - Nieznajomych będzie nam wpychać w ręce pieniądze.
Żeby kogoś obdarować - nawet symbolicznie - trzeba go choć odrobinę znać.
Zapychanie przestrzeni w nowym domu Młodych bywa problematyczne, ale przemyślany prezent - choćby drobny - pozwoli nam udowodnić, że nie jesteśmy na ich ślubie przypadkowymi ludźmi, ani "złem koniecznym, które wypadało zaprosić".
Ciekawe i niekonwencjonalne pomysły można znaleźć wszędzie. Wszystko zależy od tego jak wygląda nasz kontakt z Młodymi, czy mamy wspólne wspomnienia, przygody, tajemnice. Drobny upominek - najlepiej z podtekstem - pozwala na zapisanie się trwałe w pamięci Młodych - nawet, jeśli w najbliższym czasie nie będzie dość czasu na wspólne spotkania.
Czy jest coś, co chciałabym dostać kiedyś na własnym ślubie?
Nie..ale kocham niespodzianki i właśnie drobiazg z podtekstem byłby chyba najwspanialszym podarunkiem - tym bardziej, że tylko nieliczni umieliby to dobrze zrobić. Pamiątkowe kartki z życzeniami - jak najbardziej.
Pomysł na coś dużego - takiego od wszystkich gości? Dlaczego nie!
Ot, choćby prośba do wszystkich, by przyłączyli się do zakupu materiałów budowlanych na przyszły dom. Jedni mogliby zaoferować kilka cegieł, inni kawałki drewna do budowy dachu, kilka belek wełny mineralnej. Powoli i do przodu...
Wydaje mi się jednak, że mimo szlachetności takiego podejścia do sprawy trudno byłoby wytłumaczyć wszystkim, by nie czuli się zobowiązani do tachania czegokolwiek na sam ślub i wesele.
Ich wewnętrzną organizację zostawmy w ogóle - byłaby to chyba masakra...
Wspólny datek na szlachetny cel? Niewielu z nas stać na takie myślenie. Pozostawmy to więc celebrytom ( chociaż przekazywanie części datków z wesela np. w miejsce przysłowiowego wina/ kwiatów / słodyczy, na fundację dla chorej osoby z rodziny spotkałam osobiście - a miejscowość niewielka, więc ewenement niewątpliwie skuteczny także na większą skalę).
A jakie prezentowe pomysły u Ciebie?
Smoku!
Co do tych kopert i samych życzeń na pamiątkowych kartach, bez żadnych wkładek finansowych, to się absolutnie zgadzam! Jest to bardzo cenna pamiątka, wraca się do nich z taką samą przyjemnością jak do zdjęć :)
Kwiaty, cóż... Cudna rzecz pod warunkiem, że ktoś się szybciutko nimi zajmie i zaraz po wręczeniu nie wylądują na przykład w bagażniku, do momentu, aż któryś ze świadków sobie o nich przypomni.
Słodycze lub wino? Znów nie sposób się z Tobą nie zgodzić ;) Prezent trafiony tylko pod warunkiem, że się dobrze zna chociaż jedną osobę z pary młodej.
Osobiście tylko raz zdecydowałam się wręczyć prezent "fizyczny". Moja przyjaciółka otrzymała dużą świnkę skarbonkę, bo gotówki do koperty nie udało się wyczarować :( Ale dostała też piękny obraz od mojej rodziny, ręcznie haftowany i profesjonalnie oprawiony, o wartości kilkuset złotych, także mam nadzieję, że za taką nędzną świnkę wypchaną grosikiem się nie obraziła ;)
Kiedy jednak człowiek zaczyna myśleć o nich bardziej personalnie, zaczynają się problemy...bo pewne elementy przestają mi się w układance podobać.
Standardowe śluby i wesela składają się ( a przynajmniej do niedawna składały się ) z kilku "murowanych" punktów. Niestety, to co dla wielu konieczne, dla mnie wydaje się niedopuszczalne, a niektóre moje marzenia będą kiedyś nieakceptowalne dla moich najbliższych.
Pomysły są różne: na wielkie i małe wesela, dyskoteki, albo przyjęcia eleganckie, z drużbą, z DJem...albo tysiącem innych drobiazgów, które tworzą całość.
Byłam ostatnio w ciastkarni i zobaczyłam, że Panie tam pracujące pochłonięte były w całości wiązaniem sznureczków na bożonarodzeniowych piernikach. Mamy końcówkę października. Tradycyjna, świąteczna ofensywa medialna zacznie się za jakieś 10 dni, kiedy to minie pierwszy listopada i będzie można oficjalnie w reklamach popuścić wodzy świątecznych fantazji.
Dla tych kobiet w ciastkarni nie jest więc niczym niezwykłym, że o niektórych rzeczach trzeba myśleć z wielkim wyprzedzeniem - i nie chodzi o nagonkę publiczną w radiu, telewizji i wśród znajomych. Wesela i śluby są niemal kłębkiem takich rzeczy - z wielką ilością plątaninek i supełków.
Dziś pierwsze spojrzenie na to przedsięwzięcie, a rozpoczynamy od perspektywy przyszłego gościa weselnego.
Prezenty.
Każda sytuacja jest inna, jednak w znacznej części ślubów nieśmiertelną trójcą rzeczy wręczanych Nowopoślubionym są: pieniądze, kwiaty i słodycze. Ostatnio w miejsce kwiatów ( "które zaraz zwiędną i co my z nimi w ogóle zrobimy?" / " po co nam one?"/ " a mnie to się one nawet nie podobają") wskoczyły wina.
Ale co z resztą?
Zacznijmy od pieniędzy.
Kwoty wręczane w kopertkach Młodym są różne. Wyznacznik wysokości tej kwoty zwyczajowo zależy w pierwszej kolejności od stopnia pokrewieństwa ( strzeżcie się Dziadkowie i Chrzestni...). W drugiej kolejności czasem informacja o weselu ze strony znajomych rozpoczęła w mojej rodzinie spiralę informacyjną dotyczącą potencjalnych kosztów ślubów w różnych wariantach i spowodowała, że od pewnego czasu jesteśmy żywą encyklopedią dotyczącą ceny kompleksowej obsługi w różnych okolicznych przybytkach.
I tak oto powstał pomysł na włożenie do koperty kwoty, która pokryje chociaż część kosztu organizacji wesela w przeliczeniu na osobę. No więc, niech Młodzi zarobią pierwsze wspólne pieniądze wolne od podatku.
Po zasłyszanej od znajomych historii ich "wspólnego poślubnego rachunku" dodam jeszcze jedno: lepiej nie wkładać żadnej koperty, aniżeli włożyć pustą. Nie chodzi o żadną formę stygmatyzacji, ale szczere życzenia wpisane na karcie i zapewnienie o pomocy na nowej drodze życia może czasem być więcej warte, niż jakiekolwiek kwoty pieniędzy...a nie znam nikogo, kto chciałby dzień swojego ślubu pamiętać, jako dzień, w którym odebrał ostatnie pieniądze starszej Ciotce, czy innemu członkowi Rodziny. Pusta koperta sprawia jednak wrażenie...próby oszustwa i zgubienia się w tłumie "kopert". A chodzi chyba o szczerość - przynajmniej tego jednego dnia fajnie byłoby się cieszyć i być ze sobą właśnie w podniosłej atmosferze i pełnym wzajemnym wsparciu i zrozumieniu ( nie licząc Wigilii, ale tu formy hipokryzji osiągają czasami wyżyny, więc zostawmy to...).
Zazwyczaj, kiedy przyszli nupturienci przychodzą zaprosić na wspólna uroczystość, dzieje się to około miesiąca przez planowaną imprezą. Warto zapytać, czy nie potrzebują czegoś konkretnego. Nie spotkałam się jak dotąd z oficjalną listą prezentów, jakie Młodzi chętnie by zobaczyli w dzień ślubu, ale patrząc na pułap, z jakiego wielu znajomych zaczyna wspólne życie - takie rozwiązanie prawdopodobnie dotrze do nas w niedługim czasie.
Kwiaty - ciekawa sprawa. Typowe bukiety odchodzą w zapomnienie. Pozostaje jeden - w dłoniach Pani Młodej ( nie bawmy się w panny - skoro słowo już dawno zostało tylko definicją stanu cywilnego...ubaw mam po pachy, jak jedni z drugimi o "pannach młodych" opowiadają co to dzieci jej własne obrączki do ołtarza niosą...wredota ze mnie okrutna, wiem). Do tego - jak na złość starej tradycji - najczęściej to już nie bukietem się rzuca, by wytypować przyszłą Mężatkę. A one tak pięknie się rozpadały...
Z kwiatów pozostają więc kompozycje oryginalne - ot np. przybrane kwiatami bukiety z owoców, cukierków, lizaków, truskawek ( wiem - też owoc, ale bukiet wyjątkowy). Ogromnie spodobał mi się też pomysł dekorowania kwiatami gotowych stelaży - np. w kształcie kapelusza - które nie tylko atrakcyjnie wyglądają, ale nadają się do późniejszego wykorzystania jako piękna pamiątka.
Zakładając jednak, że młodzi z kwiatów rezygnują, a my koniecznie chcemy je wręczyć ( ot, mamy kilkoro dzieci i każde chce coś Młodym dać ), ciekawym wyjściem jest bukiet z kuponów loteryjnych.
Wina - działka przepastna, a faktycznie - doskonałe pole do popisu dla gości, którzy wystawieni będą na test pod tytułem "Jakie im będzie smakowało?".
Czekoladki, słodycze - multum ich na rynku, więc jest w czym wybierać. Podobnie jak przy winach - będzie to dla nas swego rodzaju egzamin ze znajomości Młodych.
Dochodzimy do sedna problemu. Zaproszenie na ślub niestety w różnym stopniu jest definicją tego, jak blisko jesteśmy z przyszłymi Małżonkami. Często pokutują stare, niezrealizowanie plany naszych Rodziców, którzy nie mogli zaprosić wszystkich, których chcieli, a teraz chcą się "szarpnąć" i zapewnić "co najlepsze" swym dzieciom. No i dostajemy listę "najbliższych", która opiewa na nazwiska osób, których w życiu żeśmy nie widzieli, ale kiedyś tam coś tam było i w końcu musimy ich zaprosić.
Niestety czasem mniej oznacza więcej - a ilości Gości dotyczy to w szczególności.
Jak się to ma do prezentów?
Im bardziej prawdopodobne, że po ślubie, następne spotkanie rodzinne spowodowane będzie czyimś pogrzebem, tym pewniejsze jest, że owa gałąź Znajomych - Nieznajomych będzie nam wpychać w ręce pieniądze.
Żeby kogoś obdarować - nawet symbolicznie - trzeba go choć odrobinę znać.
Zapychanie przestrzeni w nowym domu Młodych bywa problematyczne, ale przemyślany prezent - choćby drobny - pozwoli nam udowodnić, że nie jesteśmy na ich ślubie przypadkowymi ludźmi, ani "złem koniecznym, które wypadało zaprosić".
Ciekawe i niekonwencjonalne pomysły można znaleźć wszędzie. Wszystko zależy od tego jak wygląda nasz kontakt z Młodymi, czy mamy wspólne wspomnienia, przygody, tajemnice. Drobny upominek - najlepiej z podtekstem - pozwala na zapisanie się trwałe w pamięci Młodych - nawet, jeśli w najbliższym czasie nie będzie dość czasu na wspólne spotkania.
Czy jest coś, co chciałabym dostać kiedyś na własnym ślubie?
Nie..ale kocham niespodzianki i właśnie drobiazg z podtekstem byłby chyba najwspanialszym podarunkiem - tym bardziej, że tylko nieliczni umieliby to dobrze zrobić. Pamiątkowe kartki z życzeniami - jak najbardziej.
Pomysł na coś dużego - takiego od wszystkich gości? Dlaczego nie!
Ot, choćby prośba do wszystkich, by przyłączyli się do zakupu materiałów budowlanych na przyszły dom. Jedni mogliby zaoferować kilka cegieł, inni kawałki drewna do budowy dachu, kilka belek wełny mineralnej. Powoli i do przodu...
Wydaje mi się jednak, że mimo szlachetności takiego podejścia do sprawy trudno byłoby wytłumaczyć wszystkim, by nie czuli się zobowiązani do tachania czegokolwiek na sam ślub i wesele.
Ich wewnętrzną organizację zostawmy w ogóle - byłaby to chyba masakra...
Wspólny datek na szlachetny cel? Niewielu z nas stać na takie myślenie. Pozostawmy to więc celebrytom ( chociaż przekazywanie części datków z wesela np. w miejsce przysłowiowego wina/ kwiatów / słodyczy, na fundację dla chorej osoby z rodziny spotkałam osobiście - a miejscowość niewielka, więc ewenement niewątpliwie skuteczny także na większą skalę).
A jakie prezentowe pomysły u Ciebie?
Smoku!
Co do tych kopert i samych życzeń na pamiątkowych kartach, bez żadnych wkładek finansowych, to się absolutnie zgadzam! Jest to bardzo cenna pamiątka, wraca się do nich z taką samą przyjemnością jak do zdjęć :)
Kwiaty, cóż... Cudna rzecz pod warunkiem, że ktoś się szybciutko nimi zajmie i zaraz po wręczeniu nie wylądują na przykład w bagażniku, do momentu, aż któryś ze świadków sobie o nich przypomni.
Słodycze lub wino? Znów nie sposób się z Tobą nie zgodzić ;) Prezent trafiony tylko pod warunkiem, że się dobrze zna chociaż jedną osobę z pary młodej.
Osobiście tylko raz zdecydowałam się wręczyć prezent "fizyczny". Moja przyjaciółka otrzymała dużą świnkę skarbonkę, bo gotówki do koperty nie udało się wyczarować :( Ale dostała też piękny obraz od mojej rodziny, ręcznie haftowany i profesjonalnie oprawiony, o wartości kilkuset złotych, także mam nadzieję, że za taką nędzną świnkę wypchaną grosikiem się nie obraziła ;)
Zdrowie i uroda, czyli tak zwany pożądany lifestyle
O tym jak zdrowo się odchudzać, budować zdrowe relacje i zdrowo żyć możemy przeczytać dosłownie wszędzie. Przytłoczona lawiną "dobrych rad" usiadłam i pomyślałam, że jak mam zacząć funkcjonować według tych wskazówek to najlepiej żebym trafiła w lotka, ponieważ w tej chwili, ani mnie na to nie stać, ani nie mam czasu.
"Zdrowy lifestyle" - hasło spędzające sen z powiek wielu kobietom (szczególnie tym lekko neurotycznym, takim jak ja).
Świadomość nadprogramowych centymetrów lekko dobija, zawrotne tempo życia również. Jedyny mój sukces w "zdrowym lifestylu" to same przekonanie o potrzebie zmian. Czyli ostre postanowienie poprawy już mam, ale jak ruszyć?
Wszędzie czytam: znajdź czas dla siebie, na relaks, na spacer, na ćwiczenia minimum trzy razy w tygodniu. Posiłki jedz w równych odstępach czasu, najlepiej pięć razy dziennie, zrezygnuj z fast foodów, słodyczy, napojów gazowanych i alkoholu. A co z tego jest realne do osiągnięcia? Tylko ta ostatnia część, ponieważ tylko ona tyczy się zwyczajnej siły woli, która czasu nie wymaga, a i pozwala troszeczkę (przez takie cięcia na śmieciowym jedzeniu) zaoszczędzić.
A jeszcze najlepiej wybrać się do dietetyka i zainwestować w osobistego trenera na siłowni....Taa... akurat! Przecież całe dnie się byczę, nic nie robię, do pracy nie chodzę i nie mam żadnych obowiązków. No i przy tym nicnierobieniu mogę trwonić pieniążki na wszelkie zachcianki. Ironizuję, żeby nie było, ale cała kwestia związana ze zdrowym stylem życia od dawna strasznie mnie irytuje i... frustruje. Jestem bardzo ciekawa przez kogo takie programy są układane i przede wszystkim dla kogo? Wszystko pięknie i ładnie, ale cała idea zdaje się nie brać pod uwagę ludzi, którzy pracują na przykład na grafiku i zarabiają najniższą krajową.
Wychodząc do pracy na 12 godzin (gdzie ma się łącznie pół godziny przerwy) i na przykład dojeżdżając do pracy godzinę, nie ma nas w domu minimalnie 14 godzin. Czyli rano śniadanko, potem jakieś kanapki w tych dwóch nędznych piętnastominutowych przerwach, a do domu wraca się po 22 i człowiek nie wie, czy jest bardziej zmęczony, czy głodny... U mnie zawsze kończyło się zlegnięciem na łóżko, bo przecież budzik nastawiony na 6... I tak dwa, albo trzy dni po kolei. Potem następowała dzień, albo dwa wolne od pracy, ale trzeba było zrobić zakupy na najbliższe dni i chociaż pozmywać, bo człowiek może siedzieć przy zakurzonych meblach, ale jeść już by wolał z czystego talerza ;) I jak to się ma do pięciu małych posiłków w ciągu dnia? Niby można coś takiego praktykować jak ma się wolne, ale potem co? Ledwo do pracy się dojedzie i już jest się głodnym, a tu trzeba stać na kasie i grzecznie czekać aż ktoś się zlituje i przyjdzie cię zmienić na 15 minut.
Tak, wiem, nie każdy pracuje w takim systemie zmianowym. Ale ja tak funkcjonowałam prawie dwa lata. I nie, nie dostałam lepszej pracy, tylko poprzednią rzuciłam. Mój organizm dał mi jasno do zrozumienia, że takiej pracy sobie nie życzy. Najpierw jednak musiałam nabawić się problemów z naczynkami na nogach (chwała opatrzności, że nie żylaków) przejść dwumiesięczne przeziębienie i ropiejące oczy. Pomijając zwykłe stresy związane z pracą przy kasie i obsługą klienta...Dopiero jak zaczęłam płakać ropą dotarło do mnie, że cztery kanapki dziennie przez ponad rok to nie był dobry pomysł. Ale czy miałam inne możliwości? Resztki z obiadu, owszem zdarzało mi się przynosić, ale nie było tego jak odgrzać...zimny makaron z sosem, trochę fuj. Zostawałam przy kanapkach. A aktywność fizyczna? Stojąc po 12 godzin w pracy, w dzień wolny od niej jedyną aktywnością na jaką się zdobywałam było wyjście po prowiant, i kończyło się kotlecie schabowym, a nie dietetycznej sałatce....
No i jak to wypośrodkować? Człowiek jest świadomy co powinien zrobić, zmienić, ale... nie ma takiej możliwości. A każde przejrzenie stron internetowych, bądź też jakiegokolwiek pisemka dla kobiet, z czasem staje się źródłem frustracji nie do ogarnięcia.
"Zdrowy lifestyle" - hasło spędzające sen z powiek wielu kobietom (szczególnie tym lekko neurotycznym, takim jak ja).
Świadomość nadprogramowych centymetrów lekko dobija, zawrotne tempo życia również. Jedyny mój sukces w "zdrowym lifestylu" to same przekonanie o potrzebie zmian. Czyli ostre postanowienie poprawy już mam, ale jak ruszyć?
Wszędzie czytam: znajdź czas dla siebie, na relaks, na spacer, na ćwiczenia minimum trzy razy w tygodniu. Posiłki jedz w równych odstępach czasu, najlepiej pięć razy dziennie, zrezygnuj z fast foodów, słodyczy, napojów gazowanych i alkoholu. A co z tego jest realne do osiągnięcia? Tylko ta ostatnia część, ponieważ tylko ona tyczy się zwyczajnej siły woli, która czasu nie wymaga, a i pozwala troszeczkę (przez takie cięcia na śmieciowym jedzeniu) zaoszczędzić.
A jeszcze najlepiej wybrać się do dietetyka i zainwestować w osobistego trenera na siłowni....Taa... akurat! Przecież całe dnie się byczę, nic nie robię, do pracy nie chodzę i nie mam żadnych obowiązków. No i przy tym nicnierobieniu mogę trwonić pieniążki na wszelkie zachcianki. Ironizuję, żeby nie było, ale cała kwestia związana ze zdrowym stylem życia od dawna strasznie mnie irytuje i... frustruje. Jestem bardzo ciekawa przez kogo takie programy są układane i przede wszystkim dla kogo? Wszystko pięknie i ładnie, ale cała idea zdaje się nie brać pod uwagę ludzi, którzy pracują na przykład na grafiku i zarabiają najniższą krajową.
Wychodząc do pracy na 12 godzin (gdzie ma się łącznie pół godziny przerwy) i na przykład dojeżdżając do pracy godzinę, nie ma nas w domu minimalnie 14 godzin. Czyli rano śniadanko, potem jakieś kanapki w tych dwóch nędznych piętnastominutowych przerwach, a do domu wraca się po 22 i człowiek nie wie, czy jest bardziej zmęczony, czy głodny... U mnie zawsze kończyło się zlegnięciem na łóżko, bo przecież budzik nastawiony na 6... I tak dwa, albo trzy dni po kolei. Potem następowała dzień, albo dwa wolne od pracy, ale trzeba było zrobić zakupy na najbliższe dni i chociaż pozmywać, bo człowiek może siedzieć przy zakurzonych meblach, ale jeść już by wolał z czystego talerza ;) I jak to się ma do pięciu małych posiłków w ciągu dnia? Niby można coś takiego praktykować jak ma się wolne, ale potem co? Ledwo do pracy się dojedzie i już jest się głodnym, a tu trzeba stać na kasie i grzecznie czekać aż ktoś się zlituje i przyjdzie cię zmienić na 15 minut.
Tak, wiem, nie każdy pracuje w takim systemie zmianowym. Ale ja tak funkcjonowałam prawie dwa lata. I nie, nie dostałam lepszej pracy, tylko poprzednią rzuciłam. Mój organizm dał mi jasno do zrozumienia, że takiej pracy sobie nie życzy. Najpierw jednak musiałam nabawić się problemów z naczynkami na nogach (chwała opatrzności, że nie żylaków) przejść dwumiesięczne przeziębienie i ropiejące oczy. Pomijając zwykłe stresy związane z pracą przy kasie i obsługą klienta...Dopiero jak zaczęłam płakać ropą dotarło do mnie, że cztery kanapki dziennie przez ponad rok to nie był dobry pomysł. Ale czy miałam inne możliwości? Resztki z obiadu, owszem zdarzało mi się przynosić, ale nie było tego jak odgrzać...zimny makaron z sosem, trochę fuj. Zostawałam przy kanapkach. A aktywność fizyczna? Stojąc po 12 godzin w pracy, w dzień wolny od niej jedyną aktywnością na jaką się zdobywałam było wyjście po prowiant, i kończyło się kotlecie schabowym, a nie dietetycznej sałatce....
No i jak to wypośrodkować? Człowiek jest świadomy co powinien zrobić, zmienić, ale... nie ma takiej możliwości. A każde przejrzenie stron internetowych, bądź też jakiegokolwiek pisemka dla kobiet, z czasem staje się źródłem frustracji nie do ogarnięcia.
środa, 24 października 2012
Na chłodne wieczorki ;)
Coraz szybciej robi się ciemno, zimno i niesympatycznie :(
Niektórzy wolą się rozgrzewać gorącą herbatką z sokiem, ale ja... Ja tam wolę coś pysznego z procentami ;D
W mim domu królują dwie opcje: kakao z likierem migdałowym oraz grzaniec piwny.
Kakao z likierem migdałowym
Jakiś czas temu dostaliśmy likier migdałowy. Jako aperitif nie nadaje się kompletnie, a pić żeby się napić to raczej nie likierem... W pierwszej opcji likier został połączony z kawą i zdecydowanie możemy mówić o sukcesie :) Pycha! Do zaparzonej i lekko już ostygniętej kawy dodajemy odrobinę mleka i dużą łyżkę stołową likieru. Nic skomplikowanego, prawda? ;) Nie ukrywajmy jednak, że taka kawa przed południem jest co najmniej niestosowana, a w porze wieczornej, dla niektórych zwyczajnie niewskazana...
Kolejnym pomysłem była gorąca czekolada. Na szczęście nie zdążyłam go zrealizować. Taka rzecz w rezultacie byłaby strasznie słodka. Czekolada słodka, likier słodki... istny ulepek.
Po tym narodził się pomysł idealny.
Do kubka wsypuję dwie łyżeczki kakao (zwykłego, bez żadnych dodatków smakowych). Zalewam wrzącą wodą, tak tylko, żeby proszek się ładnie rozpuścił, czyli na wysokość ok. 1/5 kubeczka. Mleko podgrzewam w rondelku, ale nie dopuszczam do zagotowania się. Dolewam mleko do kubka z rozpuszczonym kakao, dodaję odrobinę alkoholu. Wiadomo, proporcja może być różna, i likieru można dać więcej, przeszkód nie ma ;) jak kto lubi ;) Jeśli ktoś ma fantazję to może górę napoju przystroić gorzką czekoladą, startą na tarce jarzynowej na grubych okach.
Grzaniec z piwa
Swego czasu powarzyłam się na grzane wino, ale był to Grzaniec galicyjski na krakowskim Rynku... nie polecam, delikatnie mówiąc. Możliwe, że jakiś grzany Merlocik, przygotowany we własnej kuchni by mi odpowiadał, ale ilekroć myślę o grzanym winie, przypomina mi się tamta noc w Krakowie i wysyłam małżonka po piwo ;)
Do garnka wlewamy piwo. Żeby się mocno nie pieniło możemy sobie sprawę ułatwić używając chociażby płaskiej łopatki do patelni. Piwo wylewamy tak, żeby nam padało na łopatkę, którą początkowo trzymamy na dnie garnka i w raz z jego napełnieniem unosimy do góry. Tak jak przechylamy kufel nalewając piwo żeby się nie spieniło, należy lać po ściance, a nie od razu na dno. Nasza drewniana łopatka jest właśnie przechyloną ścianką kufla ;)
Istnieje wiele gotowych przypraw do grzańców, ale uwaga, najczęściej bywają zmielone. Raz wzięłam takie przez przypadek z pułki i w domu było BIG rozczarowanie. Od tamtej pory zawsze zwracam uwagę na to, czy przyprawka jest w całości, czy już sprofanowana młynkiem.
Nie wyobrażam sobie grzanego piwa bez goździków. Do litrowego grzańca daję ok. 5 ziarenek (a raczej wysuszonych pąków kwiatowych ;) ). Dodaję 2 łyżki miodu, mieszam delikatnie bo się pieni ;) Dorzucam jeszcze szczyptę cynamonu, czasem gałki muszkatołowej. Znowu kłania się kwestia gustu, co kto lubi. Warto poeksperymentować z przyprawami. Wcześniej czy później odkrywa się ideał ;) Piwo podgrzewamy na małym ogniu i nie dopuszczamy do wrzenia.
Oczywiście zamiast miodu może być cukier, a można też grzańca nie słodzić wcale ;) Słyszałam też o odważnych co dodają świeżo starty korzeń imbiru, ale dla mnie to już zbyt rozgrzewająca dawka szczęścia ;)
Grzańca najlepiej podawać w kuflu/kubku z uchwytem. Im cieplejszy, tym smaczniejszy :D
Niektórzy wolą się rozgrzewać gorącą herbatką z sokiem, ale ja... Ja tam wolę coś pysznego z procentami ;D
W mim domu królują dwie opcje: kakao z likierem migdałowym oraz grzaniec piwny.
Kakao z likierem migdałowym
Jakiś czas temu dostaliśmy likier migdałowy. Jako aperitif nie nadaje się kompletnie, a pić żeby się napić to raczej nie likierem... W pierwszej opcji likier został połączony z kawą i zdecydowanie możemy mówić o sukcesie :) Pycha! Do zaparzonej i lekko już ostygniętej kawy dodajemy odrobinę mleka i dużą łyżkę stołową likieru. Nic skomplikowanego, prawda? ;) Nie ukrywajmy jednak, że taka kawa przed południem jest co najmniej niestosowana, a w porze wieczornej, dla niektórych zwyczajnie niewskazana...
Kolejnym pomysłem była gorąca czekolada. Na szczęście nie zdążyłam go zrealizować. Taka rzecz w rezultacie byłaby strasznie słodka. Czekolada słodka, likier słodki... istny ulepek.
Po tym narodził się pomysł idealny.
Do kubka wsypuję dwie łyżeczki kakao (zwykłego, bez żadnych dodatków smakowych). Zalewam wrzącą wodą, tak tylko, żeby proszek się ładnie rozpuścił, czyli na wysokość ok. 1/5 kubeczka. Mleko podgrzewam w rondelku, ale nie dopuszczam do zagotowania się. Dolewam mleko do kubka z rozpuszczonym kakao, dodaję odrobinę alkoholu. Wiadomo, proporcja może być różna, i likieru można dać więcej, przeszkód nie ma ;) jak kto lubi ;) Jeśli ktoś ma fantazję to może górę napoju przystroić gorzką czekoladą, startą na tarce jarzynowej na grubych okach.
Grzaniec z piwa
Swego czasu powarzyłam się na grzane wino, ale był to Grzaniec galicyjski na krakowskim Rynku... nie polecam, delikatnie mówiąc. Możliwe, że jakiś grzany Merlocik, przygotowany we własnej kuchni by mi odpowiadał, ale ilekroć myślę o grzanym winie, przypomina mi się tamta noc w Krakowie i wysyłam małżonka po piwo ;)
Do garnka wlewamy piwo. Żeby się mocno nie pieniło możemy sobie sprawę ułatwić używając chociażby płaskiej łopatki do patelni. Piwo wylewamy tak, żeby nam padało na łopatkę, którą początkowo trzymamy na dnie garnka i w raz z jego napełnieniem unosimy do góry. Tak jak przechylamy kufel nalewając piwo żeby się nie spieniło, należy lać po ściance, a nie od razu na dno. Nasza drewniana łopatka jest właśnie przechyloną ścianką kufla ;)
Istnieje wiele gotowych przypraw do grzańców, ale uwaga, najczęściej bywają zmielone. Raz wzięłam takie przez przypadek z pułki i w domu było BIG rozczarowanie. Od tamtej pory zawsze zwracam uwagę na to, czy przyprawka jest w całości, czy już sprofanowana młynkiem.
Nie wyobrażam sobie grzanego piwa bez goździków. Do litrowego grzańca daję ok. 5 ziarenek (a raczej wysuszonych pąków kwiatowych ;) ). Dodaję 2 łyżki miodu, mieszam delikatnie bo się pieni ;) Dorzucam jeszcze szczyptę cynamonu, czasem gałki muszkatołowej. Znowu kłania się kwestia gustu, co kto lubi. Warto poeksperymentować z przyprawami. Wcześniej czy później odkrywa się ideał ;) Piwo podgrzewamy na małym ogniu i nie dopuszczamy do wrzenia.
Oczywiście zamiast miodu może być cukier, a można też grzańca nie słodzić wcale ;) Słyszałam też o odważnych co dodają świeżo starty korzeń imbiru, ale dla mnie to już zbyt rozgrzewająca dawka szczęścia ;)
Grzańca najlepiej podawać w kuflu/kubku z uchwytem. Im cieplejszy, tym smaczniejszy :D
wtorek, 23 października 2012
Wymarzone bibeloty - Sylvanus Alchemy Gothic i inne...
Świat biżuterii od tysiącleci się zmienia i co wspaniałe - zaskakująco nie ogranicza się do wisiorków, kolczyków i pierścionków, ale pozwala na dowolne wariacje na temat tych wyrobów.
W ostatnim czasie z radością odkryłam, że nawet osoby poszukujące w biżuterii nie tylko ozdoby, ale bardzo konkretnego zdefiniowania samych siebie - nie muszą długo szukać, żeby odnaleźć coś wyjątkowego.
Osobiście nie cierpię złota. Jego symboliczna wartość nie jest dla mnie dostatecznym argumentem do inwestowania w nim swoich oszczędności. Poza tym rzadko niestety wzornictwo złotych przedmiotów odpowiada moim upodobaniom. Nikt nie będzie przecież" tracił" złota na produkowanie rzeczy, które się nie sprzedadzą..Tak więc dumne narzeczone masowo paradują po świecie z klasycznym pierściunkiem z cienkiej, złotej obręczy i przezroczystym oczkiem ( które nawet czasem jest diamentem)...a ja czekam na objawienie jubilerskie.
Słusznie napisał kiedyś autor, że cyrkonia lśni niejednokrotnie piękniej od diamentu - w końcu musi się bardziej od diamentu starać, by wyglądać pięknie. Pan Pratchett miał rację. Cyrkonie, jako tańsze, często zaprzęgane są do ambitnych i ciekawych przedsięwzięć...nie o tym jednak dzisiaj.
Choćby wysadzana diamentami - kolia, której kształt będzie przypominał obrokatowaną żyłkę zaciśniętą wokół szyi, nie skusi mnie. Co więcej, nie wzbudzi też we mnie mitologizowanego pożądania względem złota i szlachetnych kamieni.
Tak też, kiedy po raz pierwszy ujrzałam wyroby Alchemy Gothic, zwróciłam się w stronę pewteru.
Stylizowane na stare, niejednokrotnie wzorowane na autentycznych elementów biżuterii średniowiecznej itp., wyroby angielskich Alchemików, pozwalają dziś cieszyć się wielu ludziom posiadaniem naprawdę wyjątkowych dzieł sztuki jubilerskiej.
Dziś co nieco o Sylvanusie - nausznicy firmy Alchemy Gothic i wariacjach na jej temat.
Ten model kolczyka zachwycił mnie przede wszystkim drobiazgowością detali i dokładnością ich wykonania. Szkiełka mają głęboką, czerwoną barwę i oszałamiająco lśnią.
Niestety, już w czasie pierwszego wyjścia w Sylvanusie spotkał go straszliwy koniec.
Pewter, jako materiał o niskiej temperaturze topnienia, bardzo plastyczny, pozwala się giąć już w temperaturze ciała. Zacisk, który miał z założenia trzymać kolczyk na uchu, bardzo szybko "zmiękł" i przez chwile dopasowując się do ucha idealnie ( wtedy pomyślałam - nareszcie! dopasował się i już będzie spokój z początkowym uciskaniem na ucho!), bardzo szybko poluzował się. Jedna próba dociśnięcia go i nausznica rozerwała się.
Jak potem się dowiedziałam - był to los większości Sylvanusów. Na szczęście, firmy produkujące swoje wersje tej nausznicy zauważyli problem i poprawili go, stwarzając bardzo podobne, ale już solidniejsze wyroby a'la Sylvanus.
Znalazłam jednak sposób, by oryginalna nausznica nie musiała trafić "do kosza". Dodatkowa dziurka w uchu - by na dodatkowym kolczyku zahaczyć dolną część i odpowiednie nasunięcie na ucho części drugiej rozwiązują problem.
Z pewterem nie ma po co iść do jubilera - ze względu na wspomnianą dużą elastyczność materiału, już w niskich temperaturach, żaden jubiler ( dysponujący zwyczajowo palnikiem odpowiednim do sreber) nie jest w stanie nam pomóc - pozostaje więc inwencja własna.
To co w Sylvanusie było jego wadą, przy innych wyrobach Alchemy Gothic stało się ich zaletą...ale o tym następnym razem.
Produkowane obecnie na masową skalę nausznice w ogromnie bogatej palecie wzorów były początkowo domeną firm niszowych - w tym mojej ulubionej - Alchemy Gothic. Na szczęście to się zmieniło i widząc atrakcyjność przedmiotów oryginalnych, szybko rozpoczęto produkcję zwykłych, metalowych wyrobów bliźniaczo podobnych do tych od Alchemy Gothic. Efekt?
W końcu nie muszę martwić się o ich trwałość. Prostota wykończenia ( nieco odmiennego od oryginalnych), powoduje, że nausznice niepewterowe są trwalsze.
Jak zwykle, pozostaje kwestia dopasowania ich do ucha, co czasem może być problematyczne. W takiej sytuacji, polecam czytanie komentarzy i opinii u poszczególnych sprzedawców. Alchemy Gothic, chcąc dać nam w Sylvanusie przedmiot piękny i " dla każdego", niestety poświęcił na tę rzecz jego trwałość.
W ostatnim czasie z radością odkryłam, że nawet osoby poszukujące w biżuterii nie tylko ozdoby, ale bardzo konkretnego zdefiniowania samych siebie - nie muszą długo szukać, żeby odnaleźć coś wyjątkowego.
Osobiście nie cierpię złota. Jego symboliczna wartość nie jest dla mnie dostatecznym argumentem do inwestowania w nim swoich oszczędności. Poza tym rzadko niestety wzornictwo złotych przedmiotów odpowiada moim upodobaniom. Nikt nie będzie przecież" tracił" złota na produkowanie rzeczy, które się nie sprzedadzą..Tak więc dumne narzeczone masowo paradują po świecie z klasycznym pierściunkiem z cienkiej, złotej obręczy i przezroczystym oczkiem ( które nawet czasem jest diamentem)...a ja czekam na objawienie jubilerskie.
Słusznie napisał kiedyś autor, że cyrkonia lśni niejednokrotnie piękniej od diamentu - w końcu musi się bardziej od diamentu starać, by wyglądać pięknie. Pan Pratchett miał rację. Cyrkonie, jako tańsze, często zaprzęgane są do ambitnych i ciekawych przedsięwzięć...nie o tym jednak dzisiaj.
Choćby wysadzana diamentami - kolia, której kształt będzie przypominał obrokatowaną żyłkę zaciśniętą wokół szyi, nie skusi mnie. Co więcej, nie wzbudzi też we mnie mitologizowanego pożądania względem złota i szlachetnych kamieni.
Tak też, kiedy po raz pierwszy ujrzałam wyroby Alchemy Gothic, zwróciłam się w stronę pewteru.
Stylizowane na stare, niejednokrotnie wzorowane na autentycznych elementów biżuterii średniowiecznej itp., wyroby angielskich Alchemików, pozwalają dziś cieszyć się wielu ludziom posiadaniem naprawdę wyjątkowych dzieł sztuki jubilerskiej.
Dziś co nieco o Sylvanusie - nausznicy firmy Alchemy Gothic i wariacjach na jej temat.
Ten model kolczyka zachwycił mnie przede wszystkim drobiazgowością detali i dokładnością ich wykonania. Szkiełka mają głęboką, czerwoną barwę i oszałamiająco lśnią.
Niestety, już w czasie pierwszego wyjścia w Sylvanusie spotkał go straszliwy koniec.
Pewter, jako materiał o niskiej temperaturze topnienia, bardzo plastyczny, pozwala się giąć już w temperaturze ciała. Zacisk, który miał z założenia trzymać kolczyk na uchu, bardzo szybko "zmiękł" i przez chwile dopasowując się do ucha idealnie ( wtedy pomyślałam - nareszcie! dopasował się i już będzie spokój z początkowym uciskaniem na ucho!), bardzo szybko poluzował się. Jedna próba dociśnięcia go i nausznica rozerwała się.
Jak potem się dowiedziałam - był to los większości Sylvanusów. Na szczęście, firmy produkujące swoje wersje tej nausznicy zauważyli problem i poprawili go, stwarzając bardzo podobne, ale już solidniejsze wyroby a'la Sylvanus.
Znalazłam jednak sposób, by oryginalna nausznica nie musiała trafić "do kosza". Dodatkowa dziurka w uchu - by na dodatkowym kolczyku zahaczyć dolną część i odpowiednie nasunięcie na ucho części drugiej rozwiązują problem.
Z pewterem nie ma po co iść do jubilera - ze względu na wspomnianą dużą elastyczność materiału, już w niskich temperaturach, żaden jubiler ( dysponujący zwyczajowo palnikiem odpowiednim do sreber) nie jest w stanie nam pomóc - pozostaje więc inwencja własna.
To co w Sylvanusie było jego wadą, przy innych wyrobach Alchemy Gothic stało się ich zaletą...ale o tym następnym razem.
Produkowane obecnie na masową skalę nausznice w ogromnie bogatej palecie wzorów były początkowo domeną firm niszowych - w tym mojej ulubionej - Alchemy Gothic. Na szczęście to się zmieniło i widząc atrakcyjność przedmiotów oryginalnych, szybko rozpoczęto produkcję zwykłych, metalowych wyrobów bliźniaczo podobnych do tych od Alchemy Gothic. Efekt?
W końcu nie muszę martwić się o ich trwałość. Prostota wykończenia ( nieco odmiennego od oryginalnych), powoduje, że nausznice niepewterowe są trwalsze.
Jak zwykle, pozostaje kwestia dopasowania ich do ucha, co czasem może być problematyczne. W takiej sytuacji, polecam czytanie komentarzy i opinii u poszczególnych sprzedawców. Alchemy Gothic, chcąc dać nam w Sylvanusie przedmiot piękny i " dla każdego", niestety poświęcił na tę rzecz jego trwałość.
poniedziałek, 22 października 2012
Testujemy kosmetyki - maseczka oliwkowa RIVAL
Nie powiem, że chodziło to za mną od dłuższego czasu - zawsze wyznawałam prostą zasadę, że mniej znaczy więcej. Dotyczy to także ilości używanych przeze mnie kosmetyków, ale Ty Syrenko...Ty Syrenko myślałaś tak samo...i co teraz?
Wyznajesz praktycznie te same zasady, ale Twoja twarzyczka może uchodzić już za posągową, a moja nie...
Nie ma jednej recepty na poprawę urody, pozostaje eksperymentować.
Zaczynajmy więc!
Na pierwszy ogień coś prostego: maseczka do twarzy.
Pierwsza z brzegu:
Nazwa: RIVAL de Loop - innymi słowy maseczka marki Rossmann.
Typ: oliwkowa
Opakowanie: saszetka podzielona na dwie porcje
Cena: ok. 1,70, czyli mniej niż 1zł za jedną aplikację
Wydajność: duża
Zapach: delikatny, typowy "oliwkowy - przemysłowy"
Na uprzednio oczyszczoną skórę nałożyłam sobie szczodrze wspomnianej maseczki. Nawilżająca i łagodząca - niewątpliwie. W trakcie nakładania bardzo przyjemna - nie tłusta, ładnie, szybko się wchłaniała.
Łatwa do spłukania.
Niewątpliwie poczułam, że skóra została nawiżona.
Czy uczucie pozostało na długo?
Nie.
Czy poczułam się od razu "piękniejsza"?
Też nie.
Pojedyncze zastosowanie maseczki tego typu nie daje widocznych efektów. Może jednocześnie ( co mnie zaskoczyło) podrażnić skórę. Po wieczornej aplikacji, rano efekt oczyszczenia / nawilżenia był niewidoczny. Resztkę maseczki wtarłam sobie w dłonie - druga część saszetki oczekuje na lepsze czasy.
Ogólna ocena 1/5.
Zupełnie nie tego oczekuję od maseczki. Poza bardzo łatwym rozprowadzeniem i krótkotrwałym, przyjemnym uczuciem nawilżenia skóry poczułam też krótkotrwałe pieczenie w okolicy podbródka. Zapach ładny, ale całość - bez rewelacji.
Zdarzały mi się już kremy, które od razu przysparzały przyjemnych doznań i pozostawiały po sobie miłe doznania - a także choćby chwilową poprawę wyglądu.
RIVAL de Loop do takich się nie zalicza. Nie przekonałam się do tego, by podjąć się dłuższej nim kuracji ( podrażnienie przeważa szalę).
Smoku!
Z maseczkami to jest chyba największy problem w kwestii doboru kosmetyków. I zdecydowanie trzeba trafić na ulubioną firmę, wydając przy tym krocie :( Ale jak już wiesz, że na firmie X nie zawiodłaś się nigdy, a firma Y jest tak fatalna, że nie skusi cię nawet dobra promocja, wszystko idzie z górki.
Mogłabym teraz namnożyć przykładów, ale może zostawię to na oddzielny artykulik ;P (niedługo go spłodzę, obiecuję).
Wyznajesz praktycznie te same zasady, ale Twoja twarzyczka może uchodzić już za posągową, a moja nie...
Nie ma jednej recepty na poprawę urody, pozostaje eksperymentować.
Zaczynajmy więc!
Na pierwszy ogień coś prostego: maseczka do twarzy.
Pierwsza z brzegu:
Nazwa: RIVAL de Loop - innymi słowy maseczka marki Rossmann.
Typ: oliwkowa
Opakowanie: saszetka podzielona na dwie porcje
Cena: ok. 1,70, czyli mniej niż 1zł za jedną aplikację
Wydajność: duża
Zapach: delikatny, typowy "oliwkowy - przemysłowy"
Na uprzednio oczyszczoną skórę nałożyłam sobie szczodrze wspomnianej maseczki. Nawilżająca i łagodząca - niewątpliwie. W trakcie nakładania bardzo przyjemna - nie tłusta, ładnie, szybko się wchłaniała.
Łatwa do spłukania.
Niewątpliwie poczułam, że skóra została nawiżona.
Czy uczucie pozostało na długo?
Nie.
Czy poczułam się od razu "piękniejsza"?
Też nie.
Pojedyncze zastosowanie maseczki tego typu nie daje widocznych efektów. Może jednocześnie ( co mnie zaskoczyło) podrażnić skórę. Po wieczornej aplikacji, rano efekt oczyszczenia / nawilżenia był niewidoczny. Resztkę maseczki wtarłam sobie w dłonie - druga część saszetki oczekuje na lepsze czasy.
Ogólna ocena 1/5.
Zupełnie nie tego oczekuję od maseczki. Poza bardzo łatwym rozprowadzeniem i krótkotrwałym, przyjemnym uczuciem nawilżenia skóry poczułam też krótkotrwałe pieczenie w okolicy podbródka. Zapach ładny, ale całość - bez rewelacji.
Zdarzały mi się już kremy, które od razu przysparzały przyjemnych doznań i pozostawiały po sobie miłe doznania - a także choćby chwilową poprawę wyglądu.
RIVAL de Loop do takich się nie zalicza. Nie przekonałam się do tego, by podjąć się dłuższej nim kuracji ( podrażnienie przeważa szalę).
Smoku!
Z maseczkami to jest chyba największy problem w kwestii doboru kosmetyków. I zdecydowanie trzeba trafić na ulubioną firmę, wydając przy tym krocie :( Ale jak już wiesz, że na firmie X nie zawiodłaś się nigdy, a firma Y jest tak fatalna, że nie skusi cię nawet dobra promocja, wszystko idzie z górki.
Mogłabym teraz namnożyć przykładów, ale może zostawię to na oddzielny artykulik ;P (niedługo go spłodzę, obiecuję).
Etykiety:
kosmetyki,
maseczka,
maseczki do twarzy,
maseczki kosmetyczne,
oliwka,
oliwkowa,
opinie o kosmetykach,
RIVAL,
Rossmann,
tester kosmetyków,
testowanie kosmetyków
niedziela, 21 października 2012
Polscy czytelnicy - frustraci
Ileż razy zdarzyło mi się natrafić na angielskojęzyczną okładkę zapowiadającą świetną książkę, której nigdy później nie widziałam. Ciężko namówić polskich wydawców do wydrukowania polskich tłumaczeń świetnych książek, cóż więc mówić o bardziej niszowych ciasteczkach?
No i tak oto wchodzimy na drażliwy temat polskiego przemysłu książkowego. Wydawane są niejednokrotnie podłej jakości "dzieła" literatury polskiej, lub uwznioślanie paskudztwa modnie zapowiadanego młodego pokolenia pisarzy ( na jedne z najciekawszych marnotrawstw czasu, papieru i uwagi zakrawają "Szkice glanem" i zaśmiecające sklepy z tanią książką tomiki wierszy Buczka A. np. "Ptasia grypa" - pozostaje pytanie, dlaczego chłam miewa jedne z najciekawszych okładek...pozostawmy to jednak).
Niewątpliwie większym problemem jest brak przedruków lub zerowa reklama naprawdę interesujących tomów.
Przerażające, jak długo trzeba było czekać na "Fight Club" po polsku. Niskie nakłady porażająco wzmogły też zapotrzebowanie np. na serię o Dexterze ( do serialowego niewątpliwie wrócimy).
Najbardziej cierpi jednak człek poczciwy, kiedy okazuje się, że chcąc dostać w swe ręce dobry kawałek literatury albo musi przekopać Internet i nauczyć się kilku języków obcych, chcąc dowiedzieć się - kto zamordował w drugim tomie ( bo pierwszy wydany w Polsce nie doczekał się braciszka - drugiego tomu polskojęzycznego - "Retrum", czy " Atrofia" to moje ulubione przykłady i z przyjemnością zabiłabym tych, którzy rozochocili czytelników, żeby potem dać sobie spokój. wiem...finanse...ale nie dziwmy się, że czytelnictwo leży, skoro najbardziej zainteresowani sprzedażą wciąż starają się...nie dość.)
Nie szkoda za to kolejnych przedruków, niemal tych samych opowieści o wampirach, czy upadłych aniołach rozkochujących w sobie dziewczyny. Uboga ta nasza wyobraźnia będzie, jeśli nie wyjdziemy z tych skorupek. A cokolwiek wyskakuje znienacka, by nas pozytywnie zaskoczyć ( np. wielokrotnie nagradzana książka - opowiadanie "Języki i kolczyki"), bardzo często ginie pomiędzy kolejnymi półkami księgarni, a potem stopniowo wyprzedawane możemy w końcu dostać za kilka groszy na Allegro.
Smakołyki też się zdarzają - znakomity Walter Moers wydał serię świetnych bajek dla dzieci ( i ogromnie zajmujących dla dorosłych!), które niestety nie doczekały się kolejnych wydań i teraz przykładowe "13 i pół życia kapitana niebieskiego misia" oscylują w granicach 250zł za tom. Przebicie cenowe niesamowite...a książka, jak na złość - warta swej ceny...niestety poza zasięgiem. Drogie wydawnictwa! Powalczcie o klienta!
Z drobnostek - Nasza Księgarnia często eksperymentuje, Dziwna Emily w dwóch tomach rozgrzała publiczność i szybko pozwoliła ostygnąć publice zainteresowanej czymś INNYM. Zawiesili tę serię, tak jak Edgara i Ellen. Zapytani o dalsze losy niektórych pozycji - z uporem nie odpisują na maile. A zdarzają się zupełnie odmienne ( na szczęście jest to znaczna większość), które nie tylko próbują nowych rzeczy, ale i starają się zachować kontakt ze światem zewnętrznym.
Mój ulubiony przykład? Wydawnictwo Vesper - nie tylko niszowe, ale zadeklarowane i konsekwentne...poza tym ich książki są stosunkowo tanie i pięknie wydane.
Konkluzja?
Czytelnik polski, żeby nie zwariować musi znaleźć jakiś własny sposób na książki - albo znaleźć swój osobisty kontakt w lokalnej bibliotece i ładnie proponować interesujące nas wydania ( wbrew pozorom to nie takie trudne), albo odpuścić sobie czytanie książek, póki nie przekopiemy się przez stos recenzji. Serie wydawnicze? Kusi zawsze człowieka, żeby zaraz po wydaniu kupić sobie książkę, czy dopaść ją w inny sposób. Tymczasem często okazuje się, że niedługo potem książka albo jest niewypałem, albo...nie ma kontynuacji...więc czekam, czekam, czekam...aż całość zostanie wydana - nie przejmując się tym, że inni już wiedzą "kto zabił"...
Długie ucztowanie ma w sobie coś, co pozwala się czytelnikowi spełnić, po tym, jak wyposzczony, w końcu dogania króliczka :)
Życzę wielu pasjonujących poszukiwań i za króliczkiem pogoni.
I jak najmniejszej ilości historii, które urywają się w połowie..
...tak Syrenko...i w tym momencie można by rzucić się na filmowe analogie, prawda..?
Smoku!
Ja na prawdę nie wiedziałam, że kontynuacji "Złotego kompasu" nie będzie...
Ale po tym jak mnie sprałaś poduszką to myślałam, że mi wybaczyłaś ;P A tu takie rzeczy... i to po tylu latach.... ;P
Co do książek wszelkiej maści, tylko mnie nie zaszczujcie, błagam! Uważam, że kupować nie warto. Co nie znaczy, że czytanie książek uważam za bezsens, nic z tych rzeczy! Tylko jak to zostało powyżej wszystko ładnie nakreślone... Z tym jak wydawnictwa i księgarnie podchodzą do klienta, walczyć się nie da... Pomijając kwestie finansowe i frustracyjne, jest jeszcze jedna, dosyć uciążliwa. Brak własnego mieszkania, w którym można bezstresowo gromadzić tomiska. Ale kto się nie przeprowadzał co najmniej dwa razy, ten nie zrozumie...
Reasumując z mojej strony: niech żyją biblioteki!
No i tak oto wchodzimy na drażliwy temat polskiego przemysłu książkowego. Wydawane są niejednokrotnie podłej jakości "dzieła" literatury polskiej, lub uwznioślanie paskudztwa modnie zapowiadanego młodego pokolenia pisarzy ( na jedne z najciekawszych marnotrawstw czasu, papieru i uwagi zakrawają "Szkice glanem" i zaśmiecające sklepy z tanią książką tomiki wierszy Buczka A. np. "Ptasia grypa" - pozostaje pytanie, dlaczego chłam miewa jedne z najciekawszych okładek...pozostawmy to jednak).
Niewątpliwie większym problemem jest brak przedruków lub zerowa reklama naprawdę interesujących tomów.
Przerażające, jak długo trzeba było czekać na "Fight Club" po polsku. Niskie nakłady porażająco wzmogły też zapotrzebowanie np. na serię o Dexterze ( do serialowego niewątpliwie wrócimy).
Najbardziej cierpi jednak człek poczciwy, kiedy okazuje się, że chcąc dostać w swe ręce dobry kawałek literatury albo musi przekopać Internet i nauczyć się kilku języków obcych, chcąc dowiedzieć się - kto zamordował w drugim tomie ( bo pierwszy wydany w Polsce nie doczekał się braciszka - drugiego tomu polskojęzycznego - "Retrum", czy " Atrofia" to moje ulubione przykłady i z przyjemnością zabiłabym tych, którzy rozochocili czytelników, żeby potem dać sobie spokój. wiem...finanse...ale nie dziwmy się, że czytelnictwo leży, skoro najbardziej zainteresowani sprzedażą wciąż starają się...nie dość.)
Nie szkoda za to kolejnych przedruków, niemal tych samych opowieści o wampirach, czy upadłych aniołach rozkochujących w sobie dziewczyny. Uboga ta nasza wyobraźnia będzie, jeśli nie wyjdziemy z tych skorupek. A cokolwiek wyskakuje znienacka, by nas pozytywnie zaskoczyć ( np. wielokrotnie nagradzana książka - opowiadanie "Języki i kolczyki"), bardzo często ginie pomiędzy kolejnymi półkami księgarni, a potem stopniowo wyprzedawane możemy w końcu dostać za kilka groszy na Allegro.
Smakołyki też się zdarzają - znakomity Walter Moers wydał serię świetnych bajek dla dzieci ( i ogromnie zajmujących dla dorosłych!), które niestety nie doczekały się kolejnych wydań i teraz przykładowe "13 i pół życia kapitana niebieskiego misia" oscylują w granicach 250zł za tom. Przebicie cenowe niesamowite...a książka, jak na złość - warta swej ceny...niestety poza zasięgiem. Drogie wydawnictwa! Powalczcie o klienta!
Z drobnostek - Nasza Księgarnia często eksperymentuje, Dziwna Emily w dwóch tomach rozgrzała publiczność i szybko pozwoliła ostygnąć publice zainteresowanej czymś INNYM. Zawiesili tę serię, tak jak Edgara i Ellen. Zapytani o dalsze losy niektórych pozycji - z uporem nie odpisują na maile. A zdarzają się zupełnie odmienne ( na szczęście jest to znaczna większość), które nie tylko próbują nowych rzeczy, ale i starają się zachować kontakt ze światem zewnętrznym.
Mój ulubiony przykład? Wydawnictwo Vesper - nie tylko niszowe, ale zadeklarowane i konsekwentne...poza tym ich książki są stosunkowo tanie i pięknie wydane.
Konkluzja?
Czytelnik polski, żeby nie zwariować musi znaleźć jakiś własny sposób na książki - albo znaleźć swój osobisty kontakt w lokalnej bibliotece i ładnie proponować interesujące nas wydania ( wbrew pozorom to nie takie trudne), albo odpuścić sobie czytanie książek, póki nie przekopiemy się przez stos recenzji. Serie wydawnicze? Kusi zawsze człowieka, żeby zaraz po wydaniu kupić sobie książkę, czy dopaść ją w inny sposób. Tymczasem często okazuje się, że niedługo potem książka albo jest niewypałem, albo...nie ma kontynuacji...więc czekam, czekam, czekam...aż całość zostanie wydana - nie przejmując się tym, że inni już wiedzą "kto zabił"...
Długie ucztowanie ma w sobie coś, co pozwala się czytelnikowi spełnić, po tym, jak wyposzczony, w końcu dogania króliczka :)
Życzę wielu pasjonujących poszukiwań i za króliczkiem pogoni.
I jak najmniejszej ilości historii, które urywają się w połowie..
...tak Syrenko...i w tym momencie można by rzucić się na filmowe analogie, prawda..?
Smoku!
Ja na prawdę nie wiedziałam, że kontynuacji "Złotego kompasu" nie będzie...
Ale po tym jak mnie sprałaś poduszką to myślałam, że mi wybaczyłaś ;P A tu takie rzeczy... i to po tylu latach.... ;P
Co do książek wszelkiej maści, tylko mnie nie zaszczujcie, błagam! Uważam, że kupować nie warto. Co nie znaczy, że czytanie książek uważam za bezsens, nic z tych rzeczy! Tylko jak to zostało powyżej wszystko ładnie nakreślone... Z tym jak wydawnictwa i księgarnie podchodzą do klienta, walczyć się nie da... Pomijając kwestie finansowe i frustracyjne, jest jeszcze jedna, dosyć uciążliwa. Brak własnego mieszkania, w którym można bezstresowo gromadzić tomiska. Ale kto się nie przeprowadzał co najmniej dwa razy, ten nie zrozumie...
Reasumując z mojej strony: niech żyją biblioteki!
Etykiety:
Atrofia,
Bradley,
Destefano,
Dexter,
Emily the Strange,
Fever,
Fight Club,
książki,
la nieve negra,
Retrum Retrum 2,
tłumaczenie książek,
Vesper,
Walter Moers,
wydawnictwa
piątek, 19 października 2012
Dobrze znane historie w nowych odsłonach
Coraz częściej twórcy filmów i seriali szukają inspiracji w dobrze znanych nam bajkach i baśniach. W rezultacie otrzymujemy niby coś nowego, ale jednocześnie dobrze znanego.
Nie zawsze odpowiadają mi nowe-stare historie. Uważam jednak, że na wszystkie warto zwrócić uwagę.
Zacznę od tego, co mnie osobiście najbardziej irytuje. Nowe animowane wersje "Czerwonego kapturka" i "Kota w butach". Może nawet nie drażni mnie tak bardzo nowe ujęcie historii, ale sposób narysowania postaci. Nie wiem skąd to przyszło, gdzie taka moda, ale patrzeć na to paskudztwo nie mogę!
Serial "Once upon a time". To dopiero pomieszanie z poplątaniem ;) Żadna z prezentowanych historii nie jest taka, jak czytała nam babcia do poduszki. Jednak co się okazuje, można zostać wiernym osobowości postaci, umieszczając ją w nieco innej rzeczywistości. I o ile fabuła serialu, czasem zdaje się gdzieś gubić, a niektórym bohaterom brakuje charyzmy, tak nowe ujęcia starych historii zdecydowanie mnie urzekły. Ciągle jestem pod wrażeniem odcinka, w którym Czerwony kapturek okazuje się być wilkiem i morduje ukochanego. Albo motyw Złej Królowej, która wcale nie była taka zła i rządna władzy, jak to wszyscy pamiętamy.
Ostatnio pojawił się nowy serial o Sherlocku Holmesie pod tytułem "Elementary". Rzecz się dzieje we współczesności, ale największą niespodziankę mamy w tym, że doktor Watson jest... kobietą ;)
Natomiast kolejna nowość zdaje się, że ze znanych historii przywłaszczyła jedynie tytuł. "Piękna i Bestia" faktycznie ma tam jakiegoś potworka (żołnierza przerobionego na megawojownika do zabijania), ale nawet nie więzi Pięknej, i raczej nie ma zamiaru...
Pasjonatką komiksów nie jestem, także trudno mi się odnieść do zmian, jakie naniósł reżyser. Mam tylko jeden komentarz. Amerykańscy superbohaterowie jakoś do mnie nie przemawiają. Teksty w stylu "muszę oczyścić ulice mojego miasta" robiły na mnie wrażenie w rysunkowym Batmanie/Supermanie/czy innym Kapitanie America, kiedy miałam 10 lat. Na dużym ekranie wydają mi się strasznie nie na miejscu....
Natomiast jestem zachwycona filmowymi interpretacjami. Ale nie tymi parodiowymi... Film "Królewna Śnieżka i Łowca" zrealizowany w mrocznej scenografii, z godną grą aktorską i historią trzymającą w napięciu. Naprawdę dobry! Ostatnio widziałam zwiastun "Jasia i Małgosi" i doczekać się nie mogę ;)
Zasadniczo jestem na tak :) Bierzcie stare historie jako kanwę dla nowych filmów i seriali. Jako fanka Baśni Andersena, czytelniczka "Skarbnicy ulubionych bajek" oraz "Śpiewającej lipki" oficjalnie udzielam pozwolenia ;D
Syrenko!
Temat rzeka...A wspomnienia z dzieciństwa przecież podobne. trochę jak z tymi nazwami potraw, które u Was na wschodzie inaczej się nazywały, a u nas inaczej.
Pamiętam, jak kiedyś rozmawiałyśmy na temat "Księżniczki i żaby" - ogólnie zachwycone pomysłem na powrót do tradycyjnej, Disneyowskiej kreski.
Ostatnio z przyjemnością podjęłam próbę przejrzenia serii Simsala Grimm - z dwoma głównymi bohaterami prowadzącymi przez kolejne bajki Braci Grimm. Patrząc na to w ten sposób, nie sposób nie zauważyć jednej rzeczy - zebrane przez tych braci opowieści ludowe niejednokrotnie pojawiają się jako bazowe, do kolejnych baśni, które później opowiadali nam rodzice.
Ich unikatowe piękno drzemało jednak niejednokrotnie także w fakcie, że nie unikali brutalności i naturalizmu w swoich historiach. Jako dziecko wstrzymywałam oddech i czułam gęsią skórkę - ale czytałam dalej błękitne tomy ich opowieści.
Żadna bajka nie zastąpi mi nigdy wyobraźni, a jeśli chcę już coś oglądać - z rozkoszą poddaję się wpływowi amerykańskich wytworów potraktowanych polskim dubbingiem ( który to dubbing chyba zostanie też niedługo tematem naszych przemyśleń, co Syrenko..?) który niejednokrotnie pozwala mi radośnie krztusić się ze śmiechu w domowym zaciszu. Prosta, niewymagająca rozrywka przy "Pingwinach z Madagaskaru" - a kto mi zabroni?!
Nie zawsze odpowiadają mi nowe-stare historie. Uważam jednak, że na wszystkie warto zwrócić uwagę.
Zacznę od tego, co mnie osobiście najbardziej irytuje. Nowe animowane wersje "Czerwonego kapturka" i "Kota w butach". Może nawet nie drażni mnie tak bardzo nowe ujęcie historii, ale sposób narysowania postaci. Nie wiem skąd to przyszło, gdzie taka moda, ale patrzeć na to paskudztwo nie mogę!
Serial "Once upon a time". To dopiero pomieszanie z poplątaniem ;) Żadna z prezentowanych historii nie jest taka, jak czytała nam babcia do poduszki. Jednak co się okazuje, można zostać wiernym osobowości postaci, umieszczając ją w nieco innej rzeczywistości. I o ile fabuła serialu, czasem zdaje się gdzieś gubić, a niektórym bohaterom brakuje charyzmy, tak nowe ujęcia starych historii zdecydowanie mnie urzekły. Ciągle jestem pod wrażeniem odcinka, w którym Czerwony kapturek okazuje się być wilkiem i morduje ukochanego. Albo motyw Złej Królowej, która wcale nie była taka zła i rządna władzy, jak to wszyscy pamiętamy.
Ostatnio pojawił się nowy serial o Sherlocku Holmesie pod tytułem "Elementary". Rzecz się dzieje we współczesności, ale największą niespodziankę mamy w tym, że doktor Watson jest... kobietą ;)
Natomiast kolejna nowość zdaje się, że ze znanych historii przywłaszczyła jedynie tytuł. "Piękna i Bestia" faktycznie ma tam jakiegoś potworka (żołnierza przerobionego na megawojownika do zabijania), ale nawet nie więzi Pięknej, i raczej nie ma zamiaru...
Pasjonatką komiksów nie jestem, także trudno mi się odnieść do zmian, jakie naniósł reżyser. Mam tylko jeden komentarz. Amerykańscy superbohaterowie jakoś do mnie nie przemawiają. Teksty w stylu "muszę oczyścić ulice mojego miasta" robiły na mnie wrażenie w rysunkowym Batmanie/Supermanie/czy innym Kapitanie America, kiedy miałam 10 lat. Na dużym ekranie wydają mi się strasznie nie na miejscu....
Natomiast jestem zachwycona filmowymi interpretacjami. Ale nie tymi parodiowymi... Film "Królewna Śnieżka i Łowca" zrealizowany w mrocznej scenografii, z godną grą aktorską i historią trzymającą w napięciu. Naprawdę dobry! Ostatnio widziałam zwiastun "Jasia i Małgosi" i doczekać się nie mogę ;)
Zasadniczo jestem na tak :) Bierzcie stare historie jako kanwę dla nowych filmów i seriali. Jako fanka Baśni Andersena, czytelniczka "Skarbnicy ulubionych bajek" oraz "Śpiewającej lipki" oficjalnie udzielam pozwolenia ;D
Syrenko!
Temat rzeka...A wspomnienia z dzieciństwa przecież podobne. trochę jak z tymi nazwami potraw, które u Was na wschodzie inaczej się nazywały, a u nas inaczej.
Pamiętam, jak kiedyś rozmawiałyśmy na temat "Księżniczki i żaby" - ogólnie zachwycone pomysłem na powrót do tradycyjnej, Disneyowskiej kreski.
Ostatnio z przyjemnością podjęłam próbę przejrzenia serii Simsala Grimm - z dwoma głównymi bohaterami prowadzącymi przez kolejne bajki Braci Grimm. Patrząc na to w ten sposób, nie sposób nie zauważyć jednej rzeczy - zebrane przez tych braci opowieści ludowe niejednokrotnie pojawiają się jako bazowe, do kolejnych baśni, które później opowiadali nam rodzice.
Ich unikatowe piękno drzemało jednak niejednokrotnie także w fakcie, że nie unikali brutalności i naturalizmu w swoich historiach. Jako dziecko wstrzymywałam oddech i czułam gęsią skórkę - ale czytałam dalej błękitne tomy ich opowieści.
Żadna bajka nie zastąpi mi nigdy wyobraźni, a jeśli chcę już coś oglądać - z rozkoszą poddaję się wpływowi amerykańskich wytworów potraktowanych polskim dubbingiem ( który to dubbing chyba zostanie też niedługo tematem naszych przemyśleń, co Syrenko..?) który niejednokrotnie pozwala mi radośnie krztusić się ze śmiechu w domowym zaciszu. Prosta, niewymagająca rozrywka przy "Pingwinach z Madagaskaru" - a kto mi zabroni?!
środa, 17 października 2012
Zielona herbata dla smakoszy i nie tylko
Wieczorową porą lubię sobie zaparzyć coś, co będzie nie tylko grzało brzuszek, ale także pozwoli się zrelaksować...
Kilka słów o poszukiwaniach idealnej herbaty.
Na polskim rynku bardzo często można znaleźć pojawiające się i niestety szybko znikające nowości - przemysł spożywczy to jednak z najbardziej dynamicznych działek w tym względzie. Do tej pory wspominam z sentymentem stare marki, które w natłoku nowych właścicieli, etykiet i firm poznikały. Powrót Frugo to mały wyjątek. Gum balonowych typu Donald już jednak nie uświadczysz ( prawdopodobnie z tych samych względów bezpieczeństwa, przez które naprawdę fajne zabawki rodem zza wschodniej granicy nie zostałyby już dzisiaj dopuszczone do użytku - a my proszę - nie tylko takimi bawiliśmy się, ale jeszcze - o zgrozo, drogie instytucje europejskie prostujące banany! - przeżyliśmy i mamy się całkiem świetnie!).
Kiedyś poza czarną cejlońską i (podobno) wszędobylskim oolongiem, herbata miała mieć w sobie cytryną. Jak miała - musiała być dobra. Koniec.
A dziś szaleństwo w czystej postaci.
Jako kobieta wynaturzona, postanowiłam nie wpadać w żadne szały zakupowe ( od teraz do końca życia) związane z kosmetykami, czy ciuchami. Herbaty jednak kocham i zamierzam spokojnie oddawać się tej pasji - tym bardziej, że coraz łatwiej o nie i odrobina herbaty na próbę kosztuje grosze.
Za pośrednictwem sklepu internetowego Bio Active postanowiłam ze znajomymi zamówić sobie pierwszą poważniejszą paczuszkę herbaciarza :)
Nie tylko stałam się zagorzałą zwolenniczką herbaty sypanek - (i tu wątek sknerowatego Smoka - krakusa) które wystarczają na dłużej i można je parzyć po kilka razy - ale także postanowiłam wyobrazić sobie pożądany smak i samodzielnie stworzyć wymarzoną herbatkę.
Od tamtej pory znajomi i przyjaciele są upijani w moim domku przede wszystkim trzema naparami:
Victorian Hour - złożonym na bazie białej herbaty z nutką habrów i imbiru, delikatnym naparem o jasnym kolorze - idealnym na jesienne, mgliste popołudnia. Pełen relaks przy zapalonej świeczce i refleksji nad sobą.
Red Hour - Rooibos z dodatkiem grapefruita - niesamowite, a do tego proste połączenie, które uwielbiam na początek dnia, jako niezwykle orzeźwiające - dzięki cytrusowi - i przepyszne, co jest naturalną zaletą tej herbaty czerwonej. Miłość wielu moich znajomych - od pierwszego niucha, można by rzecz.
Ostatnia z moich herbat dostała miano Freedom Hour - jest to "sianko" - Yerba Mate wzmocnione krokoszem barwierskim. Nieprzyzwoicie wydajna, pięknie pachnąca - przypomina mi zapach unoszący się nad łąką początkiem lata - rześki, soczysty zapach, zmieszany z ogrzewanymi w słońcu trawami.
Jeśli mam ochotę przenieść się w czasie i przestrzeni - parzę herbatę i na kilka chwil odpływam...
Mniam!
Cóż, powiem tak... nasze następne spotkanie zdecydowanie odbędzie się przy Rooibosie ;D
Co do samych herbat jednak... Jeżeli mam już często odwiedzać łazienkę wieczorową porą, to zdecydowanie wolę przez piwo ;) Taką Perełkę Chmielową na przykład ;D
Kilka słów o poszukiwaniach idealnej herbaty.
Na polskim rynku bardzo często można znaleźć pojawiające się i niestety szybko znikające nowości - przemysł spożywczy to jednak z najbardziej dynamicznych działek w tym względzie. Do tej pory wspominam z sentymentem stare marki, które w natłoku nowych właścicieli, etykiet i firm poznikały. Powrót Frugo to mały wyjątek. Gum balonowych typu Donald już jednak nie uświadczysz ( prawdopodobnie z tych samych względów bezpieczeństwa, przez które naprawdę fajne zabawki rodem zza wschodniej granicy nie zostałyby już dzisiaj dopuszczone do użytku - a my proszę - nie tylko takimi bawiliśmy się, ale jeszcze - o zgrozo, drogie instytucje europejskie prostujące banany! - przeżyliśmy i mamy się całkiem świetnie!).
Kiedyś poza czarną cejlońską i (podobno) wszędobylskim oolongiem, herbata miała mieć w sobie cytryną. Jak miała - musiała być dobra. Koniec.
A dziś szaleństwo w czystej postaci.
Jako kobieta wynaturzona, postanowiłam nie wpadać w żadne szały zakupowe ( od teraz do końca życia) związane z kosmetykami, czy ciuchami. Herbaty jednak kocham i zamierzam spokojnie oddawać się tej pasji - tym bardziej, że coraz łatwiej o nie i odrobina herbaty na próbę kosztuje grosze.
Za pośrednictwem sklepu internetowego Bio Active postanowiłam ze znajomymi zamówić sobie pierwszą poważniejszą paczuszkę herbaciarza :)
Nie tylko stałam się zagorzałą zwolenniczką herbaty sypanek - (i tu wątek sknerowatego Smoka - krakusa) które wystarczają na dłużej i można je parzyć po kilka razy - ale także postanowiłam wyobrazić sobie pożądany smak i samodzielnie stworzyć wymarzoną herbatkę.
Od tamtej pory znajomi i przyjaciele są upijani w moim domku przede wszystkim trzema naparami:
Victorian Hour - złożonym na bazie białej herbaty z nutką habrów i imbiru, delikatnym naparem o jasnym kolorze - idealnym na jesienne, mgliste popołudnia. Pełen relaks przy zapalonej świeczce i refleksji nad sobą.
Red Hour - Rooibos z dodatkiem grapefruita - niesamowite, a do tego proste połączenie, które uwielbiam na początek dnia, jako niezwykle orzeźwiające - dzięki cytrusowi - i przepyszne, co jest naturalną zaletą tej herbaty czerwonej. Miłość wielu moich znajomych - od pierwszego niucha, można by rzecz.
Ostatnia z moich herbat dostała miano Freedom Hour - jest to "sianko" - Yerba Mate wzmocnione krokoszem barwierskim. Nieprzyzwoicie wydajna, pięknie pachnąca - przypomina mi zapach unoszący się nad łąką początkiem lata - rześki, soczysty zapach, zmieszany z ogrzewanymi w słońcu trawami.
Jeśli mam ochotę przenieść się w czasie i przestrzeni - parzę herbatę i na kilka chwil odpływam...
Mniam!
Cóż, powiem tak... nasze następne spotkanie zdecydowanie odbędzie się przy Rooibosie ;D
Co do samych herbat jednak... Jeżeli mam już często odwiedzać łazienkę wieczorową porą, to zdecydowanie wolę przez piwo ;) Taką Perełkę Chmielową na przykład ;D
Etykiety:
artistic tea,
Bombilla,
Freedom,
herbata artystyczna,
herbata biała,
herbata kwitnąca,
herbata zielona,
kiper,
mieszanie herbaty,
parzenie,
Red,
Rooibos,
smaki,
Victorian,
White Mudan,
Yerba Mate,
zielona herbata
poniedziałek, 15 października 2012
Książka na dobranoc z seryjnym mordercą w tle
Pamiętasz Syrenko, jak to kiedyś wieczorkami, po kolacji czytałyśmy sobie fragmenty biografii jednego z wydań "Seryjnych morderców"..? Znów mnie wzięło na ten temat zwiodło.
No już tak jest - że to co skrajne i marginalne najbardziej naszą uwagę przyciąga ( co powinno czasem być wytłumaczeniem równych LGBT-owskich przeciwników, którzy nie życzą sobie przysłowiowego "robienia z g... panoramy:.
I ja się pod tym podpisuję, ale dziś właśnie o seryjnych mordercach rzecz będzie.
Co człowiek myśli, jeśli doskonale wie o czym opowieść będzie? Wyobraźmy sobie sytuację: okładka książki - z przodu atrakcyjny wizualnie obrazek, z tyłu streszczenie. I od początku wiemy, jak to się skończy i kto jest kim.
Po co czytać?
Dla poznania faktów, które rzeczywiście miały miejsce.
W przypadku książek s-f-, fantasy, czy klasyki detektywistyczno - kryminalnej podobny zabieg byłby co najmniej ryzykowny ( co nie znaczy, że nie zdarzają się dobre historie opowiedziane retrospektywnie).
"Pisarz, który nienawidził kobiet" to jednak zupełnie inna półka. Jest to fascynująca opowieść o mężczyźnie, który stał się jednym z najgłośniejszych w ostatnich latach mordercą.
Smoku!
Niby wszystko zależy od tego jak rzecz jest ujęta w słowa, ale wiedząc kto jest głównym "niemilcem" książka nigdy nie będzie ciekawa. Sytuacje, miejsca, główni bohaterzy, a czasem nawet motywy zbrodni mogą być różne. Ale są to pewne schematy, które dla osoby interesującej się chociażby psychologią sądową, są bardzo dobrze znane.
Czy przeczytałabym "Pisarza, który nienawidził kobiet"? Wątpię. Podwójne nie, za tytuł książki (który nie pozostawia złudzeń. Nie pozwala czytelnikowi na odrobinę nadinterpretacji, popuszczenie wodzy wyobraźni i pozwolenie sobie na pytanie "a może mordercą jest...?") i to streszczenie na tylnej okładce. Przez te dwie rzeczy nie zdecydowałabym się na wzięcie książki do domu.
No już tak jest - że to co skrajne i marginalne najbardziej naszą uwagę przyciąga ( co powinno czasem być wytłumaczeniem równych LGBT-owskich przeciwników, którzy nie życzą sobie przysłowiowego "robienia z g... panoramy:.
I ja się pod tym podpisuję, ale dziś właśnie o seryjnych mordercach rzecz będzie.
Co człowiek myśli, jeśli doskonale wie o czym opowieść będzie? Wyobraźmy sobie sytuację: okładka książki - z przodu atrakcyjny wizualnie obrazek, z tyłu streszczenie. I od początku wiemy, jak to się skończy i kto jest kim.
Po co czytać?
Dla poznania faktów, które rzeczywiście miały miejsce.
W przypadku książek s-f-, fantasy, czy klasyki detektywistyczno - kryminalnej podobny zabieg byłby co najmniej ryzykowny ( co nie znaczy, że nie zdarzają się dobre historie opowiedziane retrospektywnie).
"Pisarz, który nienawidził kobiet" to jednak zupełnie inna półka. Jest to fascynująca opowieść o mężczyźnie, który stał się jednym z najgłośniejszych w ostatnich latach mordercą.
Smoku!
Niby wszystko zależy od tego jak rzecz jest ujęta w słowa, ale wiedząc kto jest głównym "niemilcem" książka nigdy nie będzie ciekawa. Sytuacje, miejsca, główni bohaterzy, a czasem nawet motywy zbrodni mogą być różne. Ale są to pewne schematy, które dla osoby interesującej się chociażby psychologią sądową, są bardzo dobrze znane.
Czy przeczytałabym "Pisarza, który nienawidził kobiet"? Wątpię. Podwójne nie, za tytuł książki (który nie pozostawia złudzeń. Nie pozwala czytelnikowi na odrobinę nadinterpretacji, popuszczenie wodzy wyobraźni i pozwolenie sobie na pytanie "a może mordercą jest...?") i to streszczenie na tylnej okładce. Przez te dwie rzeczy nie zdecydowałabym się na wzięcie książki do domu.
Etykiety:
Austria,
Graz,
Jack Unterweger,
John Leake,
Pisarz który nienawidził kobiet,
recenzja,
recenzje książek,
seryjni mordercy,
seryjny morderca,
Wiedeń,
Znak
piątek, 12 października 2012
Wychodzenie na dwór, siąkanie nosa i inne przypadłości regionalne... ;)
Tak, jak w temacie. Przypadłości sytuacyjno - słownych w Polsce jest cała masa. Muszę przyznać, że w moim procesie adaptacyjnym do nowego miejsca i rzeczywistości, w której się znalazłam, odegrały wielką rolę ;) Oto niektóre z nich.
Wychodzenie na dwór/na pole
Pierwszej rzeczy, jakiej nauczyłam się po przyjeździe do Krakowa, było to, że mieszkańcy tego miasta chcąc wyjść na zewnątrz wychodzą na pole. Rzecz dla mnie co najmniej dziwna. Na wschodzie zawsze wychodziłam na dwór.
Pewnego razu, moja koleżanka ze studiów (rodowita Krakowianka), już mocno poirytowana, że nie mogę zrozumieć czegoś tak prostego, postanowiła wytłumaczyć mi rzecz na przykładzie:
- Słuchaj, mieszkasz teraz w Krakowie, to jest miasto królów, jest tu zamek i były też księżniczki. To właśnie księżniczki wychodziły na dwór. Cała reszta chodziła na pole...
- Na polu to się zbiera ziemniaki, jak chodzę na pole to idę tyrać, na dwór wychodzę na spacer i kropka.
- Ale Kochana, ty nie jesteś księżniczką...
Oczywiście później wiele osób mi tłumaczyło skąd się wzięło wychodzenie na pole, ale wersja uświadamiająca mi, że nie jestem księżniczką, przypadła mi do gustu najbardziej ;D
A w Warszawie to już bardziej po mojemu ;) Mówi się "na dworzu" ;)
Siąkanie nosa
Cóż za brzydkie słowo! Jakieś takie fuj i nie na miejscu mi się wydawało. Po którymś moim skrzywieniu na komentarz "zaraz wrócę, muszę wysiąkać nos", zapytano mnie, jak w takim razie mówi się na taką czynność w moich stronach. Na co z uśmiechem i niezachwianą pewnością siebie odpowiadam:
- U nas nos się dmucha! Ewentualnie wysmarkuje.
Cale zgromadzone towarzystwo pokładło się ze śmiechu, a ja zaczęłam rozważać zasadność i niewątpliwy urok słowa "siąkać".
Przypadłości kulinarne
Ile ja się na zastanawiałam czym jest kiszka, sznycel, czy leniwe. Jak już się dowiedziałam, że to kaszanka, kotlet mielony i nietypowe pierożki, jakoś bez problemowo przeskoczyłam na nazewnictwo z małopolski. Do tego stopnia, że kiedyś dałam niezły orzech do rozgryzienia mojej mamie. Na pytanie co bym chciała zjeść podczas wizyty w domu, odpowiedziałam, że zwykłe sznycelki. Podczas obiadu cała rodzina, ze mną na czele była lekko zdziwiona, kiedy mama zaserwowała nam... szaszłyki. Bo myślała, że się przejęzyczyłam i chodziło mi właśnie o to ;D
Zdarzało mi się czasem stołować w pewnej jadłodajni. Czasem jęczałam wybrankowi serca, że mam ochotę na kopytka, ale sama nie będę robić bo już raz mi nie wyszły. No i kiedyś wracamy sobie po obiedzie spacerkiem na mieszkanie i on mnie nagle pyta:
- Wiesz, tyle razy się zastanawiałem, dlaczego ty nie zamówisz tych kopytek w jadłodajni?
- Ale przecież nie mają ich tam w ofercie, to jak miałam zamówić?
- Nie no, mają! Ale to się tutaj nazywa paluszki….
Syrenciu!
HaHaHa :P Padłam przy siąkaniu i przypomniałam sobie, że ja to lubię grysik ^_^
Wychodzenie na dwór/na pole
Pierwszej rzeczy, jakiej nauczyłam się po przyjeździe do Krakowa, było to, że mieszkańcy tego miasta chcąc wyjść na zewnątrz wychodzą na pole. Rzecz dla mnie co najmniej dziwna. Na wschodzie zawsze wychodziłam na dwór.
Pewnego razu, moja koleżanka ze studiów (rodowita Krakowianka), już mocno poirytowana, że nie mogę zrozumieć czegoś tak prostego, postanowiła wytłumaczyć mi rzecz na przykładzie:
- Słuchaj, mieszkasz teraz w Krakowie, to jest miasto królów, jest tu zamek i były też księżniczki. To właśnie księżniczki wychodziły na dwór. Cała reszta chodziła na pole...
- Na polu to się zbiera ziemniaki, jak chodzę na pole to idę tyrać, na dwór wychodzę na spacer i kropka.
- Ale Kochana, ty nie jesteś księżniczką...
Oczywiście później wiele osób mi tłumaczyło skąd się wzięło wychodzenie na pole, ale wersja uświadamiająca mi, że nie jestem księżniczką, przypadła mi do gustu najbardziej ;D
A w Warszawie to już bardziej po mojemu ;) Mówi się "na dworzu" ;)
Siąkanie nosa
Cóż za brzydkie słowo! Jakieś takie fuj i nie na miejscu mi się wydawało. Po którymś moim skrzywieniu na komentarz "zaraz wrócę, muszę wysiąkać nos", zapytano mnie, jak w takim razie mówi się na taką czynność w moich stronach. Na co z uśmiechem i niezachwianą pewnością siebie odpowiadam:
- U nas nos się dmucha! Ewentualnie wysmarkuje.
Cale zgromadzone towarzystwo pokładło się ze śmiechu, a ja zaczęłam rozważać zasadność i niewątpliwy urok słowa "siąkać".
Przypadłości kulinarne
Ile ja się na zastanawiałam czym jest kiszka, sznycel, czy leniwe. Jak już się dowiedziałam, że to kaszanka, kotlet mielony i nietypowe pierożki, jakoś bez problemowo przeskoczyłam na nazewnictwo z małopolski. Do tego stopnia, że kiedyś dałam niezły orzech do rozgryzienia mojej mamie. Na pytanie co bym chciała zjeść podczas wizyty w domu, odpowiedziałam, że zwykłe sznycelki. Podczas obiadu cała rodzina, ze mną na czele była lekko zdziwiona, kiedy mama zaserwowała nam... szaszłyki. Bo myślała, że się przejęzyczyłam i chodziło mi właśnie o to ;D
Zdarzało mi się czasem stołować w pewnej jadłodajni. Czasem jęczałam wybrankowi serca, że mam ochotę na kopytka, ale sama nie będę robić bo już raz mi nie wyszły. No i kiedyś wracamy sobie po obiedzie spacerkiem na mieszkanie i on mnie nagle pyta:
- Wiesz, tyle razy się zastanawiałem, dlaczego ty nie zamówisz tych kopytek w jadłodajni?
- Ale przecież nie mają ich tam w ofercie, to jak miałam zamówić?
- Nie no, mają! Ale to się tutaj nazywa paluszki….
Zabić, czy ucałować?
;)
Smoku, co mogłam jeszcze pominąć? Tyle tego było, a tu
raptem trzy wspomnienia?
Syrenciu!
HaHaHa :P Padłam przy siąkaniu i przypomniałam sobie, że ja to lubię grysik ^_^
czwartek, 11 października 2012
Kącik majsterkowicza - Niewidzialne półeczki na książki
Niewidzialne półeczki na książki pokochałam od pierwszego wejrzenia.
Ale wydać 50 - 60zł na licencjonowane tajemnicze urządzenie? Nieee...to tak...nie po polsku!
No i tak oto postanowiłam zdziałać półeczkę własnymi siłami i przy minimalnym koszcie własnym...rozpoczęło sie oczywiście od
a) przeszukania Internetu
b) analizie własnych umiejętności technicznych
c) przypomnieniu sobie kilku dorocznych remontów ( w tym roku był jubileuszowy - 15. remont - siwieć można...ale mieszkanie w starym domu ma swoje zalety...które niemal zawsze można podziwiać poza sezonem remontowym ;])
d) przypomnieniu sobie asortymentu oferowanego w sklepie budowlano - remontowym
e) podjęciu decyzji - dam radę!
I tak oto się zaczęło...
Ale wydać 50 - 60zł na licencjonowane tajemnicze urządzenie? Nieee...to tak...nie po polsku!
No i tak oto postanowiłam zdziałać półeczkę własnymi siłami i przy minimalnym koszcie własnym...rozpoczęło sie oczywiście od
a) przeszukania Internetu
b) analizie własnych umiejętności technicznych
c) przypomnieniu sobie kilku dorocznych remontów ( w tym roku był jubileuszowy - 15. remont - siwieć można...ale mieszkanie w starym domu ma swoje zalety...które niemal zawsze można podziwiać poza sezonem remontowym ;])
d) przypomnieniu sobie asortymentu oferowanego w sklepie budowlano - remontowym
e) podjęciu decyzji - dam radę!
I tak oto się zaczęło...
Buzia marzeń
Która z nas nie czeka na dzień, w którym pierwsze spojrzenie w lustro nie skończy się delikatnym grymasem niezadowolenia? No która?
Ileż ja czasu spędziłam na selekcjonowaniu kosmetyków, wybierania ideału, który już nawet nie musi upiększać na siłę, ale żeby chociaż nie szkodził mojej twarzy....
Fakt, kondycja mojej skóry poprawiła się znacznie kiedy dobitnie podziękowałam ostatniemu dermatologowi i przestawiłam się na metodę własnych prób i błędów.
Po wieloletnim łykaniu różnych "cyklin" (supracyclina, tetracyklina, roaccutane, itp. draństw) i jednoczesnym pacykowaniu twarzy (podkłady, fluidy i inne rzeczy, które cerze trądzikowej zwyczajnie nie służą, ba! Jeszcze jak to wygląda paskudnie! Ropniaków i suchych skórek, nie da się zamaskować Drogie Panie, nie da! Takie krycie syfków na siłę, zawsze daje efekt odwrotny do zamierzonego. A jak jeszcze ma się źle dobrany odcień to już dramat galopujący...)
Po kuracji antybiotykowej musiałam doprowadzić do równowagi wątrobę oraz buzię, która w jakieś dwa miesiące po odstawieniu prochów zaczęła wyglądać gorzej niż przed pierwszą kuracją. W międzyczasie odważyłam się na ginekologa i zdecydowanie mogę stwierdzić, że 1/3 sukcesu należy do hormoników ;)
Może przestanę już się rozpisywać przez co to ja nie przeszłam i przejdę do konkretów ;)
Tymi sposobami traktuję buzię już prawie dwa lata i... jest bosko! ;D
Przede wszystkim odkryłam, że chociaż mam cerę trądzikową, moja buzia uwielbia być nawilżana. Dlatego też zarzuciłam wszelkie kosmetyki z alkoholem, siarką i słowem "antybakteryjne" w nazwie. Stosuję kremy matująco - nawilżające. Ze znalezieniem odpowiedniego miałam zasadniczy problem. W większości kremy wchłaniały się szybko, dobrze nawilżały, ale twarz błyskała się jak psu... narządy zewnętrzne... Fakt, jest na to sposób. Odrobina matującego pudru w kamieniu. Zdarza mi się używać go również teraz, ale trzeba pamiętać, że puder nakładamy wacikiem kosmetycznym, który siłą rzeczy będzie jednorazowy, a nie puszkiem, który po dwóch użyciach staje się wylęgarnią paskudztw, które panie za każdym razem aplikują sobie na twarz.
Uwaga, będzie kontrowersyjnie ;) Do mycia twarzy nie używam żeli/płynów/pianek/mydła przeznaczonych do tego, tylko żelu do higieny intymnej. Poleciła mi to kiedyś koleżanka, z którą pracowałam w drogerii. Postanowiłam spróbować i do tej pory nie mogę uwierzyć, że tak rewelacyjnie się sprawdza. Zasadniczo mam jedną uwagę, jeżeli ma się jakieś ranki, należy unikać płynów z kawasami.
Tonik, mleczko, a może 2 w 1? Osobiście nabrałam zaufania do płynu micelarnego. Doskonale nadaje się też do demakijażu oczu, także po co wydawać pieniądze na trzy oddzielne kosmetyki, jak można na jeden, skuteczny i nieinwazyjny ;)
Mając cerę trądzikową powinno używać się peelingów enzymatycznych. Ja osobiście przy ich aplikacji dostawałam nerwicy. Raz dorwałam peeling drobnoziarnisty Perfecty i wiem, że nigdy nie zamienię na inny! Nie zrobił mi krzywdy, nawet jak miałam dojrzałe ropniaczki i teoretycznie nie powinnam go używać. Buzia zawsze jest cudnie oczyszczona i przede wszystkim nawilżona :)
Została kwestia maseczek. Tak raz, czasem dwa używam maseczek oczyszczających. Częściej sięgam po odżywcze i nawilżające.
Kremik na noc? Zazwyczaj aloesowy (cudnie łagodzi) lub coś odżywczego.
Pod oczy kremik zimą, żele latem ;)
Mam nadzieję, że może komuś pomogłam. Albo przynajmniej zainspirowałam do delikatnych eksperymentów. U dermatologów spędziłam 10 lat. Moje indywidualne poszukiwania trwały 2 lata i nawet udało mi się pozbyć przebarwień :)
Syrenko!
Ty wydro!!
Czemuś się wcześniej nie pochwaliła swymi magicznymi metodami? To ja tu od lat nie wiem, gdzie oczy podziać i jak sobie radzić z tym, co mnie czasem na twarzy zaskakuje ( tak, też cykliny rozmaite mam za sobą i pomogły na tyle, że wyregulowały mi cykle pojawiania się i znikania pewnej części wyprysków...reszta po staremu, czyli dramat w ciapki - różowe, czerwone i te bardziej...no wiesz kolorowe, i złośliwe, jak tylko być potrafią ;/).
Nic się nie odzywam już do Ciebie! ( foch 5-minutowy, z przytupem takim jak stąd do tamtąd!!)
A jutro masz mi się zgłosić do raportu...przetestujemy te Twoje cuda i zdamy raport wojenny.
No więc co...pomożesz podjąć walkę??
Ileż ja czasu spędziłam na selekcjonowaniu kosmetyków, wybierania ideału, który już nawet nie musi upiększać na siłę, ale żeby chociaż nie szkodził mojej twarzy....
Fakt, kondycja mojej skóry poprawiła się znacznie kiedy dobitnie podziękowałam ostatniemu dermatologowi i przestawiłam się na metodę własnych prób i błędów.
Po wieloletnim łykaniu różnych "cyklin" (supracyclina, tetracyklina, roaccutane, itp. draństw) i jednoczesnym pacykowaniu twarzy (podkłady, fluidy i inne rzeczy, które cerze trądzikowej zwyczajnie nie służą, ba! Jeszcze jak to wygląda paskudnie! Ropniaków i suchych skórek, nie da się zamaskować Drogie Panie, nie da! Takie krycie syfków na siłę, zawsze daje efekt odwrotny do zamierzonego. A jak jeszcze ma się źle dobrany odcień to już dramat galopujący...)
Po kuracji antybiotykowej musiałam doprowadzić do równowagi wątrobę oraz buzię, która w jakieś dwa miesiące po odstawieniu prochów zaczęła wyglądać gorzej niż przed pierwszą kuracją. W międzyczasie odważyłam się na ginekologa i zdecydowanie mogę stwierdzić, że 1/3 sukcesu należy do hormoników ;)
Może przestanę już się rozpisywać przez co to ja nie przeszłam i przejdę do konkretów ;)
Tymi sposobami traktuję buzię już prawie dwa lata i... jest bosko! ;D
Przede wszystkim odkryłam, że chociaż mam cerę trądzikową, moja buzia uwielbia być nawilżana. Dlatego też zarzuciłam wszelkie kosmetyki z alkoholem, siarką i słowem "antybakteryjne" w nazwie. Stosuję kremy matująco - nawilżające. Ze znalezieniem odpowiedniego miałam zasadniczy problem. W większości kremy wchłaniały się szybko, dobrze nawilżały, ale twarz błyskała się jak psu... narządy zewnętrzne... Fakt, jest na to sposób. Odrobina matującego pudru w kamieniu. Zdarza mi się używać go również teraz, ale trzeba pamiętać, że puder nakładamy wacikiem kosmetycznym, który siłą rzeczy będzie jednorazowy, a nie puszkiem, który po dwóch użyciach staje się wylęgarnią paskudztw, które panie za każdym razem aplikują sobie na twarz.
Uwaga, będzie kontrowersyjnie ;) Do mycia twarzy nie używam żeli/płynów/pianek/mydła przeznaczonych do tego, tylko żelu do higieny intymnej. Poleciła mi to kiedyś koleżanka, z którą pracowałam w drogerii. Postanowiłam spróbować i do tej pory nie mogę uwierzyć, że tak rewelacyjnie się sprawdza. Zasadniczo mam jedną uwagę, jeżeli ma się jakieś ranki, należy unikać płynów z kawasami.
Tonik, mleczko, a może 2 w 1? Osobiście nabrałam zaufania do płynu micelarnego. Doskonale nadaje się też do demakijażu oczu, także po co wydawać pieniądze na trzy oddzielne kosmetyki, jak można na jeden, skuteczny i nieinwazyjny ;)
Mając cerę trądzikową powinno używać się peelingów enzymatycznych. Ja osobiście przy ich aplikacji dostawałam nerwicy. Raz dorwałam peeling drobnoziarnisty Perfecty i wiem, że nigdy nie zamienię na inny! Nie zrobił mi krzywdy, nawet jak miałam dojrzałe ropniaczki i teoretycznie nie powinnam go używać. Buzia zawsze jest cudnie oczyszczona i przede wszystkim nawilżona :)
Została kwestia maseczek. Tak raz, czasem dwa używam maseczek oczyszczających. Częściej sięgam po odżywcze i nawilżające.
Kremik na noc? Zazwyczaj aloesowy (cudnie łagodzi) lub coś odżywczego.
Pod oczy kremik zimą, żele latem ;)
Mam nadzieję, że może komuś pomogłam. Albo przynajmniej zainspirowałam do delikatnych eksperymentów. U dermatologów spędziłam 10 lat. Moje indywidualne poszukiwania trwały 2 lata i nawet udało mi się pozbyć przebarwień :)
Syrenko!
Ty wydro!!
Czemuś się wcześniej nie pochwaliła swymi magicznymi metodami? To ja tu od lat nie wiem, gdzie oczy podziać i jak sobie radzić z tym, co mnie czasem na twarzy zaskakuje ( tak, też cykliny rozmaite mam za sobą i pomogły na tyle, że wyregulowały mi cykle pojawiania się i znikania pewnej części wyprysków...reszta po staremu, czyli dramat w ciapki - różowe, czerwone i te bardziej...no wiesz kolorowe, i złośliwe, jak tylko być potrafią ;/).
Nic się nie odzywam już do Ciebie! ( foch 5-minutowy, z przytupem takim jak stąd do tamtąd!!)
A jutro masz mi się zgłosić do raportu...przetestujemy te Twoje cuda i zdamy raport wojenny.
P.S. Podkłady podkładami, ale na oczyszczoną uprzednio skórę podkład REVLON - dostosowany do cery - działa wspaniale! Poza tym, że jest bardzo przyjemny w nakładaniu, nie czuję też maski na twarzy, która po uderzeniu - ot liścia jakiegoś jesiennego skruszeje i odpadnie. Maskuje doskonale ekscesy moich fabryk potowo - łojowych i w ogóle ok i cool.
Etykiety:
cera sucha,
cera tłusta,
fluid,
hormony,
hormony a cera,
nawilżanie,
pielęgnacja twarzy,
podkład,
supracyklina,
tetracyklina,
wypryski,
wysuszanie
środa, 10 października 2012
Wymarzone bibeloty - Zegarek w kuli
W ramach odpowiedzi na pomysł poszukiwania antydepresantów i mimo mojej niechęci do takiego pojmowania zakupów, to prawda jest okrutna: kobiecy humor najlepiej poprawiają nawet drobne, ale jednak...ZAKUPY!
I tak oto stałam się szczęśliwą posiadaczką od dawna upatrzonego zegareczka w stylu steampunk.
Piękne, drobne dzieło sztuki.
Nakręcany zegarek z trybikami, które można godzinami obserwować przez przezroczyste półkule.
Piękności, piękności...
Cóż więcej pisać - najlepiej zdobyć za wszelką cenę ( rozsądnie w granicach max 60zł z wysyłką...) a najlepiej zachęcić upolowanego uprzednio Samczyka do okazania nam uczuć w ten jakże uroczy sposób...drogie Panie...jak TO TYKA!
Rozkosz czysta - a po jesiennej depresji już ani śladu :D
...wspominałam, że jakikolwiek bibelot jest kobiecie absolutnie niezbędny do życia? jest na drugim miejscu - zaraz po tlenie atmosferycznym - pomijając sytuacje, kiedy akurat jest na pierwszym miejscu ( to ta chwila, kiedy kobieta nabiera oddechu, żeby sobie popiszczeć pod nosem (nosem Ukochanego), że TO JEST WŁAŚNIE TEN SUPER JEDYNY WYMARZONY i WSPANIAŁY PRZEDMIOT JEJ ODWIECZNEGO POŻĄDANIA I ALBO GO DOSTANIE W SWE RĘCE< ALBO ZARAZ SKONA Z CZARNEJ ROZPACZY...rzadko, ale się zdarza - Panowie, proszę to przyjąć jako działanie natury - jak z mięsem, wiecie...)
Smoku!
Ja też chcę.... Też chcę!
Myślisz, że mój mężczyzna dostatecznie przyswoił w świadomości moje pragnienie dotyczące zegarka na łańcuszku? A może powinnam powzdychać do Twojego nabytku jeszcze kilka razy? Tak kontrolnie?
;)
I tak oto stałam się szczęśliwą posiadaczką od dawna upatrzonego zegareczka w stylu steampunk.
Piękne, drobne dzieło sztuki.
Nakręcany zegarek z trybikami, które można godzinami obserwować przez przezroczyste półkule.
Piękności, piękności...
Cóż więcej pisać - najlepiej zdobyć za wszelką cenę ( rozsądnie w granicach max 60zł z wysyłką...) a najlepiej zachęcić upolowanego uprzednio Samczyka do okazania nam uczuć w ten jakże uroczy sposób...drogie Panie...jak TO TYKA!
Rozkosz czysta - a po jesiennej depresji już ani śladu :D
...wspominałam, że jakikolwiek bibelot jest kobiecie absolutnie niezbędny do życia? jest na drugim miejscu - zaraz po tlenie atmosferycznym - pomijając sytuacje, kiedy akurat jest na pierwszym miejscu ( to ta chwila, kiedy kobieta nabiera oddechu, żeby sobie popiszczeć pod nosem (nosem Ukochanego), że TO JEST WŁAŚNIE TEN SUPER JEDYNY WYMARZONY i WSPANIAŁY PRZEDMIOT JEJ ODWIECZNEGO POŻĄDANIA I ALBO GO DOSTANIE W SWE RĘCE< ALBO ZARAZ SKONA Z CZARNEJ ROZPACZY...rzadko, ale się zdarza - Panowie, proszę to przyjąć jako działanie natury - jak z mięsem, wiecie...)
Smoku!
Ja też chcę.... Też chcę!
Myślisz, że mój mężczyzna dostatecznie przyswoił w świadomości moje pragnienie dotyczące zegarka na łańcuszku? A może powinnam powzdychać do Twojego nabytku jeszcze kilka razy? Tak kontrolnie?
;)
wtorek, 9 października 2012
Jesienne antydepresanty ;)
Coś mi się Smoku nieco depresyjnie zrobiło… Tobie też?
Już zimno na mieszkanku, a jeszcze nie grzeją... Słonko zachowuje się jakby chciało, a nie mogło... Nawet deszcz zamiast padać porządnie, to urządza sobie jakieś sadystyczne eksperymenty na gatunku ludzkim, zsyłając małe, ale wystarczająco uprzykrzające spacer, lodowo-mżawkowe drobinki.
Ratowanie się półproduktami czekoladopodobnymi jak wiemy, w grę nie wchodzi (wcięcie w tali zamierzam odzyskać najpóźniej na wiosnę!)
Cóż robić w taką pogodę?
Hmm...Można odkurzyć stare poematy, posłuchać muzyki, zanurzyć się z książką w gorącej kąpieli.... mhm... No to po kolei! :)
Coby nam się nieco weselej zrobiło. Pamiętasz? ;)
Julian Tuwim
Kartka z dziejów ludzkości
Spotkali się w święto o piątej przed kinem
Miejscowa idiotka z tutejszym kretynem.
Tutejsza idiotko! - rzekł kretyn miejscowy -
Czy pragniesz pójść ze mną na film przebojowy?
Miejscowa kretynka odrzekła - Z ochotą,
Albowiem cię kocham, tutejszy idioto.
Więc kretyn miejscowy uśmiechnął się słodko
I poszedł do kina z tutejsza idiotką.
Na miłym macaniu spłynęła godzinka
I była szczęśliwa miejscowa kretynka.
Aż wreszcie szepnęła: - kretynie tutejszy!
Ten film, mam wrażenie, jest coraz nudniejszy.
Więc poszli na sznycel, na melbę, na winko,
Miejscowy idiota z tutejszą kretynką.
Następnie się zwarli w uścisku zmysłowym
Tutejsza idiotka z kretynem miejscowym.
W ten sposób dorobią się córki lub syna:
Idioty, idiotki, kretynki, kretyna.
By znowu się mogli spotykać przed kinem
Tutejsza idiotka z miejscowym kretynem.
Kartka z dziejów ludzkości
Spotkali się w święto o piątej przed kinem
Miejscowa idiotka z tutejszym kretynem.
Tutejsza idiotko! - rzekł kretyn miejscowy -
Czy pragniesz pójść ze mną na film przebojowy?
Miejscowa kretynka odrzekła - Z ochotą,
Albowiem cię kocham, tutejszy idioto.
Więc kretyn miejscowy uśmiechnął się słodko
I poszedł do kina z tutejsza idiotką.
Na miłym macaniu spłynęła godzinka
I była szczęśliwa miejscowa kretynka.
Aż wreszcie szepnęła: - kretynie tutejszy!
Ten film, mam wrażenie, jest coraz nudniejszy.
Więc poszli na sznycel, na melbę, na winko,
Miejscowy idiota z tutejszą kretynką.
Następnie się zwarli w uścisku zmysłowym
Tutejsza idiotka z kretynem miejscowym.
W ten sposób dorobią się córki lub syna:
Idioty, idiotki, kretynki, kretyna.
By znowu się mogli spotykać przed kinem
Tutejsza idiotka z miejscowym kretynem.
zapożyczone z: http://www.poetica.art.pl/pl/kartka_z_dziejow_ludzkosci-poetica,wierszautora,59,.html
Muzycznie? W taki dzień tylko z nim!
http://www.youtube.com/watch?v=c9_DP3_4_BY
Już mi lepiej :) Można się wziąć za książeczkę. Mogę ją czytać i czytać, zawsze poprawia mi humor ;) Lekka, przepastna, chociaż wiem co się wydarzy nie mogę się oderwać. To druga pozycja, zaraz po "Wszystko czerwone" Joanny Chmielewskiej, która nigdy mi się nie nudzi. Mowa o "Nie powiesz nikomu?" autorstwa Sophie Kinsella. Historia bardzo zwykłej dziewczyny, która myśląc, że zaraz zginie (podczas lotu z turbulencjami) powierza swoje najskrytsze sekrety obcemu mężczyźnie. Oczywiście samolot nie spada, oboje żyją dalej, a mężczyzna okazuje się być...
No przecież, że nie powiem! ;D Miłej lektury ;)
Ballada o kobiecie Palacza
No i stało się. Zaczynamy załazić za skórę naszym Ukochanym.
Co jednak jest prawdą - kurzy to moje Stworzenie Boże na potęgę. I już na początku wiedziałam, że nie chcę z tym walczyć.
Ot, bo się pilnuje - nie pali przy mnie, ciuchy mi nie cuchną dymem po jednej przejażdżce samochodem itp. W ogóle, jakąś taką ma technikę "szybkich dymków", więc nawet nie zauważam, kiedy czasem oddala się w celu zaspokojenia tejże potrzeby (psychicznej, jak razem ustaliliśmy, a nie fizjologicznej)...
I pomijając same dylematy walki i wojen, jakie od lat kobiety z mężczyznami toczą o władzę i pieniądze: czyli o rzucenie palenia - tak delikatnie zaczynając temat:
jaki geniusz marketingowy czy psycholog jakiś oświecony ( a zakamuflowany w nieokreślonej opcji w organach władzy UE...) przebił się z pomysłem etykietkowania złowróżbnymi napisami paczek papierosów i wyrobów tytoniowych?
No gdybym była palącą, to pewnie dodatkowo by mnie to bawiło.
Dość jednak rzec, że przy okazji zakupów kolejnych paczek przez mego Wybranka postanowiłam zebrać sobie pełną kolekcję owych etykietek.
Strach pomyśleć, co będzie, jeśli rzeczywiście zaczną na papierosach umieszczać atrakcyjne, kolorowe zdjęcia nowotworów, czy innych tam martwych płucek. No przecież zamiast tradycyjnego
- Marlboro proszę.
- Proszę bardzo. PIN i potwierdzić.
- Dziękuję. Do widzenia.
- Dziękuję.
Zakup papierosów będzie wyglądał tak:
- Marlboro proszę.
- Proszę bardzo, a które? Z tymi martwymi płucami, czy zdeformowanymi ustami?
- A ma Pani te z najnowszej linii? Te z unikatowym zdjęciem wylewu na otwartej czaszce?
- No niestety już się skończyły, ale jest jeszcze - równie atrakcyjna paczka przypominająca o obniżeniu poziomu płodności...
i takie tam... gadki przy papierosku - i to niezapalonym.
Smoku!
Doszukujesz się geniusza/twórcy etykietek ostrzegawczych... chyba Cię troszeczkę rozczaruję. Otóż z tego co pamiętam (nie jestem pewna czy słusznie pamiętam, czy też trochę wymyślam)był to jeden z pierwszych procesów w stylu: Ale producent mi nie powiedział, że od tego mogę zachorować i umrzeć! Chcę gigantyczne odszkodowanie, coby umrzeć bogatym!
Sąd przyznał rację poszkodowanemu, stąd pojawiły się plakietki na paczkach i moda na absurdalne procesy.
Ale pomysł, ze zdjęciami zamiast napisów ostrzegawczych zdecydowanie do mnie przemawia ;D
Co do bycia towarzyszką palacza... Cóż, jest pewien sposób coby wybranek serca palenie zarzucił, ale... na produkowanie potomstwa jeszcze trochę za wcześnie ;) Z innych powodów nałogu nie rzuci. No to niech se pali... grunt, że nie przy mnie, ani nie w mieszkaniu.
Co jednak jest prawdą - kurzy to moje Stworzenie Boże na potęgę. I już na początku wiedziałam, że nie chcę z tym walczyć.
Ot, bo się pilnuje - nie pali przy mnie, ciuchy mi nie cuchną dymem po jednej przejażdżce samochodem itp. W ogóle, jakąś taką ma technikę "szybkich dymków", więc nawet nie zauważam, kiedy czasem oddala się w celu zaspokojenia tejże potrzeby (psychicznej, jak razem ustaliliśmy, a nie fizjologicznej)...
I pomijając same dylematy walki i wojen, jakie od lat kobiety z mężczyznami toczą o władzę i pieniądze: czyli o rzucenie palenia - tak delikatnie zaczynając temat:
jaki geniusz marketingowy czy psycholog jakiś oświecony ( a zakamuflowany w nieokreślonej opcji w organach władzy UE...) przebił się z pomysłem etykietkowania złowróżbnymi napisami paczek papierosów i wyrobów tytoniowych?
No gdybym była palącą, to pewnie dodatkowo by mnie to bawiło.
Dość jednak rzec, że przy okazji zakupów kolejnych paczek przez mego Wybranka postanowiłam zebrać sobie pełną kolekcję owych etykietek.
Strach pomyśleć, co będzie, jeśli rzeczywiście zaczną na papierosach umieszczać atrakcyjne, kolorowe zdjęcia nowotworów, czy innych tam martwych płucek. No przecież zamiast tradycyjnego
- Marlboro proszę.
- Proszę bardzo. PIN i potwierdzić.
- Dziękuję. Do widzenia.
- Dziękuję.
Zakup papierosów będzie wyglądał tak:
- Marlboro proszę.
- Proszę bardzo, a które? Z tymi martwymi płucami, czy zdeformowanymi ustami?
- A ma Pani te z najnowszej linii? Te z unikatowym zdjęciem wylewu na otwartej czaszce?
- No niestety już się skończyły, ale jest jeszcze - równie atrakcyjna paczka przypominająca o obniżeniu poziomu płodności...
i takie tam... gadki przy papierosku - i to niezapalonym.
Smoku!
Doszukujesz się geniusza/twórcy etykietek ostrzegawczych... chyba Cię troszeczkę rozczaruję. Otóż z tego co pamiętam (nie jestem pewna czy słusznie pamiętam, czy też trochę wymyślam)był to jeden z pierwszych procesów w stylu: Ale producent mi nie powiedział, że od tego mogę zachorować i umrzeć! Chcę gigantyczne odszkodowanie, coby umrzeć bogatym!
Sąd przyznał rację poszkodowanemu, stąd pojawiły się plakietki na paczkach i moda na absurdalne procesy.
Ale pomysł, ze zdjęciami zamiast napisów ostrzegawczych zdecydowanie do mnie przemawia ;D
Co do bycia towarzyszką palacza... Cóż, jest pewien sposób coby wybranek serca palenie zarzucił, ale... na produkowanie potomstwa jeszcze trochę za wcześnie ;) Z innych powodów nałogu nie rzuci. No to niech se pali... grunt, że nie przy mnie, ani nie w mieszkaniu.
poniedziałek, 8 października 2012
W poszukiwaniach zapachu idealnego - Versace - Crystal Noir
Z zapachami jest jak z każdą inną przygodą - najlepiej jest wtedy, kiedy trwa, bo największa przyjemność to gonić króliczka.
Jak wiele znaczy piękny zapach dla niejednej kobiety, nie trzeba nikomu uświadamiać. I z czasem nawet setki złotych wydanych na flakonik zaczynają być przewidywane w długoterminowych planach wydatkowych. I cieszą...bardzo cieszą.
Pierwszy malutki (4ml) flakonik dostałam zupełnie przypadkiem przy okazji jakiegoś zakupu na Allegro. A potem miniaturki perfum jakoś tak się do mnie przykleiły i zaczęły bardzo powolutku zapełniać moją szafeczkę.
Po szybkim rozeznaniu stwierdziłam, że polowanie "na cokolwiek" nie ma sensu i najlepiej rozpocząć od bardzo rzadkich zakupów, ale dotyczących marek, które rzeczywiście coś już ugrały na rynku. I tak też pewnej nocy, około godziny 3.00 stałam się posiadaczką maleńkiej buteleczki perfum Versace Crystal Noir.
Im dłużej przeglądałam różne witryny, tym bardziej byłam przekonana, że biznes perfumowy wcale nie polega na dobraniu odpowiednich nut zapachowych - chwała ekspertom, którzy są w stanie wyobrazić sobie zapach opisany tak:
Versace Crystal Noir jest kompozycją pełną kobiecego powabu oraz lekkości. Sprawia, że kobieta czuje się niezwykle ponętna, zmysłowa i elegancka. Wśród nut zapachowych dominuje ulubiony kwiat Donatelli Versace – gardenia oraz ambra otulone nutą drzewa sandałowego i kwiatu pomarańczy. Flakon Versace Crystal Noir przypominający klejnot, został zainspirowany szlifem diamentu.
( www.perfumyplaza.pl)
Nuty zapachowe:
Nuta głowy: gardenia, piwonia, kwiat pomarańczy,
Nuta podstawy: drzewo sandałowe,
Nuta serca: amber, piżmo.
Nie...nie jestem w stanie sobie wyobrazić tego zapachu, dlatego przed - zwyczajowo już - internetowym zakupem lubię się przespacerować do sklepu, żeby nie wydać pieniążków na coś, co będzie "z gruntu złe".
Ciekawe swoją drogą, że kwestia opisywania zapachów perfum jest najdoskonalszą chyba, stworzoną przez naturę symfonią na temat sposobów nazywania różnych wrażeń przez kobiety, poprzez słowa, które normalnie zupełnie do tego nie przystają. Zostawmy to jednak na osobny temat.
Versace Crystal Noir...zapach interesujący a co najbardziej mnie cieszy - pełny - zmieniający się delikatnie w czasie i w czasie kontaktu z ciałem.
Na początku dość zdecydowany i szorstki, a potem rozpływający się słodki zapach, który z przyjemnością kojarzę z zapachem babcinej poduszeczki.
Co z tego wszystkiego wie osoba nie mająca pojęcia na temat zapachu Versace? Nic, poza tym, że pod dużym, złotym napisem z marką drobnym druczkiem zapisane będą liczne cyferki oznaczające należność pieniężną.
Mój mężczyzna łaskawie poprosił, żeby funkcja, którą spełnia Versace w moim pokoju była wyłącznie odzdobna. Crystal Noir nazwał zapachem męskim i nieodpowiadającym kobiecie.
Osobiście zapach mi się podoba, ale nie wiem, czy zdecydowałabym się na codzienne kąpiele w tej mgiełce zapachowej. Pozostaje więc czarnym kryształem, który czasem tylko otwieram i uwalniam. Nie zdecydowałabym się na zakup pełnowymiarowego Versace Crystal Noir.
A wy?
Jak wiele znaczy piękny zapach dla niejednej kobiety, nie trzeba nikomu uświadamiać. I z czasem nawet setki złotych wydanych na flakonik zaczynają być przewidywane w długoterminowych planach wydatkowych. I cieszą...bardzo cieszą.
Pierwszy malutki (4ml) flakonik dostałam zupełnie przypadkiem przy okazji jakiegoś zakupu na Allegro. A potem miniaturki perfum jakoś tak się do mnie przykleiły i zaczęły bardzo powolutku zapełniać moją szafeczkę.
Po szybkim rozeznaniu stwierdziłam, że polowanie "na cokolwiek" nie ma sensu i najlepiej rozpocząć od bardzo rzadkich zakupów, ale dotyczących marek, które rzeczywiście coś już ugrały na rynku. I tak też pewnej nocy, około godziny 3.00 stałam się posiadaczką maleńkiej buteleczki perfum Versace Crystal Noir.
Im dłużej przeglądałam różne witryny, tym bardziej byłam przekonana, że biznes perfumowy wcale nie polega na dobraniu odpowiednich nut zapachowych - chwała ekspertom, którzy są w stanie wyobrazić sobie zapach opisany tak:
Versace Crystal Noir jest kompozycją pełną kobiecego powabu oraz lekkości. Sprawia, że kobieta czuje się niezwykle ponętna, zmysłowa i elegancka. Wśród nut zapachowych dominuje ulubiony kwiat Donatelli Versace – gardenia oraz ambra otulone nutą drzewa sandałowego i kwiatu pomarańczy. Flakon Versace Crystal Noir przypominający klejnot, został zainspirowany szlifem diamentu.
( www.perfumyplaza.pl)
Nuty zapachowe:
Nuta głowy: gardenia, piwonia, kwiat pomarańczy,
Nuta podstawy: drzewo sandałowe,
Nuta serca: amber, piżmo.
Nie...nie jestem w stanie sobie wyobrazić tego zapachu, dlatego przed - zwyczajowo już - internetowym zakupem lubię się przespacerować do sklepu, żeby nie wydać pieniążków na coś, co będzie "z gruntu złe".
Ciekawe swoją drogą, że kwestia opisywania zapachów perfum jest najdoskonalszą chyba, stworzoną przez naturę symfonią na temat sposobów nazywania różnych wrażeń przez kobiety, poprzez słowa, które normalnie zupełnie do tego nie przystają. Zostawmy to jednak na osobny temat.
Versace Crystal Noir...zapach interesujący a co najbardziej mnie cieszy - pełny - zmieniający się delikatnie w czasie i w czasie kontaktu z ciałem.
Na początku dość zdecydowany i szorstki, a potem rozpływający się słodki zapach, który z przyjemnością kojarzę z zapachem babcinej poduszeczki.
Co z tego wszystkiego wie osoba nie mająca pojęcia na temat zapachu Versace? Nic, poza tym, że pod dużym, złotym napisem z marką drobnym druczkiem zapisane będą liczne cyferki oznaczające należność pieniężną.
Mój mężczyzna łaskawie poprosił, żeby funkcja, którą spełnia Versace w moim pokoju była wyłącznie odzdobna. Crystal Noir nazwał zapachem męskim i nieodpowiadającym kobiecie.
Osobiście zapach mi się podoba, ale nie wiem, czy zdecydowałabym się na codzienne kąpiele w tej mgiełce zapachowej. Pozostaje więc czarnym kryształem, który czasem tylko otwieram i uwalniam. Nie zdecydowałabym się na zakup pełnowymiarowego Versace Crystal Noir.
A wy?
Bo kiedyś miałam ładną talię...
Smoku, Smoku! Zakupiłam Twistera! ;D Myślisz, że będę piękna? ;D
Czekał na mnie w sklepie, jeden ostatni, do tego wściekle zielony. Pierwsza próba ujarzmienia potwora w domku skończyła delikatnym wahaniem równowagi. Pewnie dlatego, że mój ukochany małżonek starał się nie patrzeć…
I teraz stoi w kącie samotnie (Twister, nie małżonek) i oswaja mnie ze swoją obecnością. Patrzę na niego czule i uśmiecham się nieśmiało. A w głowie układam plan….
Jeśli mam zacząć ćwiczyć, to muszę przestać tyle żreć. Albo przynajmniej nie wszystko na co sobie teraz pozwalam… Mogę też żreć tak, jak zawsze, ale muszę ćwiczyć więcej, a wtedy Twisterek może być zazdrosny o to, że go porzucam na rzecz spaceru/basenu/Tamilee Webb lub Ewki Chodakowskiej. Cóż począć?
Syrenko!
Pierwsze co zrobiłam, to wygooglałam sobie nazwę narzędzia tortur, którym się szczycisz, ( ono zapewne nie siedzi w kącie, tylko czai się na Twą niewinną duszę, by zaatakować w dogodnym momencie) i teraz siedzę oglądając jego zdjęcie i myśląc...dlaczego ludzie sobie to robią?
Fakt - jestem szczęśliwą posiadaczką ciała, które nie robi mi brzydkich dowcipów zmieniając się z 36 na 42 w kilka tygodni. Nie czuję się więc jak ten taki gnieciuch gumowy z mąką w środku ( którego chyba każdy chociaż raz miał w szkole a jakiś "Jaś", czy "Staś" uskutecznił na nim próbę zbadania jego wnętrzności pokrywając klasę białym proszkiem...).
Twister od zawsze kojarzył mi się z nieszkodliwą grą z kolorowymi kółeczkami na planszy a dziś - infernal machine ze zdradliwymi wypustkami na stopy, linkami i jakimiś cudami - z których pewnie tysiąc razy trzeba upaść, żeby się tego nauczyć.
Jeśli jednak czujesz się z tym szczęśliwsza...będę mocno trzymała kciuki :)
Etykiety:
basen,
chodakowska,
ćwiczenia na odchudzanie,
ćwiczenie równowagi,
ewa chodakowska,
gra,
narzędzia tortur,
odchudzanie,
program ćwiczeń,
równowaga,
smok,
spacery,
syrenka,
talia,
Tamilee Webb,
twister
niedziela, 7 października 2012
Dylematy kupowania przez internet - rozmiarówki
Już od kilku lat dość pozytywnie mogę opisywać swoje przygody z zakupami przez internet. Rożne dziwne rzeczy udało się kupić i sprzedać, ale są rzeczy, do których zakupu nadal podchodzę z dość dużą ostrożnością.
Zmora i miłość wielu kobiet - buty.
O tym, jakie numeracje są stosowane w różnych sklepach można by pisać doktoraty, konkluzja pozostaje jednak taka, że lojalność wobec jednej marki się opłaca - właśnie jeśli chodzi o stosowanie jednolitej rozmiarówki.
Ostatnio poszukując butków, które wyglądem przypominałyby botki skrzyżowane z butami trekingowymi ponownie się o tym przekonałam.
W jednym z małomiasteczkowych sklepów CCC z przyjemnością stwierdziłam, że oferta sklepu jest pełna i odpowiadająca temu, co widziałam wcześniej na witrynce internetowej. Kiedy po godzinie przeglądania się z różnych modelach znalazłam w końcu TEN WYJĄTKOWY, JEDYNY SŁUSZNY - i inne takie tam okrzyki zachwytu spod znaku "odzieżowej miłości od pierwszego wejrzenia" - okazało się, że niestety nie ma butów w moim rozmiarze.
Tragedii nie ma - myślę sobie - może przez internet znajdę?
Dla pewności pytam, czy CCC stosuje numerację w rodzaju "długości wkładki wewnętrznej". I tu moje wielkie rozczarowanie - nie.
O ile z butami problem rozmiarowy jest zazwyczaj do przebrnięcia, o tyle kupowanie innych ciuchów przez internet to niejednokrotnie gehenna.
Jeśli ktoś chciał sobie znaleźć na Allegro ciuszek idealny, wie, że opisywanie ubrań rozmiarami ( moje ulubione: rozmiar S/M), wie, że pod tą samą tytularną nazwą rozmiaru - nawet spisywanego z metki w dobrej wierze - można ubrać słonia i wróbla.
I bądź tu człowieku mądry.
Rozmiar europejski, francuski, amerykański, japoński i jaki tam jeszcze?! Po co to wszystko, skoro i tak dowolność stosowania oznaczeń na metkach nie pozwala zwykłym śmiertelnikom bez przymierzania kupić ubrania, nazwijmy to sobie marki "bez marki", które po prostu będzie dobre?
Kobietki, jak to kobietki - bywają smukłe, puszyste albo zupełnie rozmiarowo pokręcone, ale co z tego, skoro zawsze, każda z nas, ma choć jedną rzecz, o której może powiedzieć "leży idealnie"...Pozostaje się wówczas jedynie chwalić tym, że metkowo jestem eMką, czy eLką...a i tak kupowane nam przez Mamy i Babcie "urocze ciuszki - niespodzianki" w tym samym rozmiarze nie mają prawa pasować...
Pozostaje wytrwale mierzyć jej centymetry i prosić niejednokrotnie internetowych sprzedawców o spowiadanie się z rozmiarów oferowanych ciuchów.
Co Ty na to Syrenko?
Smoku!
piątek, 5 października 2012
Od Warszawy po Kraków
- Smoku...
- Co Syrenku...
- Czy to nie dziwne, że tak naprawdę ja znad Buga, a tyś góralka niskopienna?
- Troszkę...
- Czy to jednak istotne z perspektywy tego, co tu się będzie działo?
- Wcale a wcale.
- No więc...
Zapraszamy na pojedynki kulturalne: obyczajowo - kulinarne!
Na lektury, porady i zdjęcia, na problemy i sugestie ich rozwiązań.
Na lawinę pomysłów szalonych, niekonwencjonalnych, a czasem - zupełnie zwyczajne dyskusje o tym, co się dookoła dzieje - raz w Grodzie Kraka, raz ze Stolicy a niejednokrotnie zupełnie na uboczu codzienności.
:)
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Buciki? Podpisuję pod powyższym obiema rękami i jedną nogą. Szczególnie czując się osobnikiem wybranym przez Dobry Wszechświat o rozmiarówce 35, w porywach 36… Fakt, sklepy dziecięce stoją przede mną otworem ;)